Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/341

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

dzień były żywsze i bardziéj zajmujące; dziś topor miał spaść dwadzieścia siedém razy i wylać strumień krwi, jak najada Eumenidów — a Paryż obojętny nie patrzał, nie przyszedł! Kat nie pojmował, i milczał ponury.
U stóp jednego ze słupów rogatki, kupka złożona z dwóch mężczyzn i jednéj kobiéty, czekała od rana na to, co się tu dziać miało.
— Niéma nadziei! niéma nadziei! wołała kobiéta i nogi jéj drżące słabły i chyliły się pod ciężarem jéj ciała.
— Pani, na Boga, — mówił Adrjan, — miéj jeszcze nadzieję... wszystko przygotowano... Rozdrażnienie doszło do najwyższego stopnia... Jedna krwi kropla, a rzeka wyleje i pochwyci katów. Lud, spójrz pani, nie dozwoli dziś na straszliwe wykonanie wyroku.
— Tak, — wołał Klaudyusz, — podtrzymując Margaretę — tak — Adrjan ma słuszność. Téj nocy, widzieliśmy się ze wszystkiemi przyjaciółmi naszemi. Wszyscy tu są. Czekają tylko na znak, który nam będzie dany z Konwencyi, a za danym znakiem, wywrócim rusztowanie wołając, niech żyje Rzeczpospolita!
— Jadą! jadą, zakrzyknęła hrabina, wskazując okiem zeszkloném rozpaczą wozy wiozące dwódziestu siedmiu skazanych.
— Tak! to oni, — rzekł Klaudyusz Mouriez, — miejmy nadzieję, pani, miejmy nadzieję!
— Widzę go, — odezwała się P. de Pressy konającym głosem — widzę go — on piérwszy... szuka okiem w tłumach.... podtrzymujcie mnie.... słońce ciemnieje.... ziemia z pod nóg moich ucieka.... Przytrzymajcie mnie,