Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/340

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Tak! tak, zdaje mi się, że ten epitet odgaduję, torridus? nie prawdaż?
— Tak jest! klasnął w ręce Roucher — torridus. I zważ tylko, co to za potęga wyrazu, który stoi na miejscu właściwém, jak mówi Boilleau. Mógł Wirgiljusz powiedzieć:

Solstitium pecori defendite, torridus aestas jam venit....

Daktyl ów całkowity: torridus, zdawał się tu lepiéj brzmieć niżeli jam venit aestas. Ale nie? poświęcić wolał torridus, jako daktyl przed spondejem kończącym, i wyrzucił to do drugiego wiersza, w którym torridus tak wielkie sprawuje wrażenie w przeskoku.
— Tak Roucher! — rzekł Chenier — przyznać potrzeba, że ten wiersz dobrze się dziś zastosować daje.
— I dlatego mi na myśl przyszedł, — rzekł Roucher, — promień palącego lata, uderzył czoło moje. Torridus!
I Roucher uśmiechał się, rozmyślając nad tym wyrazem.
Zdala widać było jakieś rusztowanie czerwonawe, posępne, które się ukazywało z pomiędzy dwóch kolumn rogatki Wywróconéj — to była gillotyna!
Andrzéj Chenier przypatrywał się z uwagą troskliwą wszystkim przechodzącym, bo mu się zdawało niepodobném, żeby go któś na drodze śmierci, nie przyszedł pożegnać. W tém się nie mylił poeta.
Wóz śmierci zatrzymał się u rogatki; tłum prawie był zapomniał o téj drodze, mało było mężczyzn, kilka starych kobiet tylko, siwowłosych i pochylonych, sławnych ponczosznic ani jednéj. Kat, w postawie smutnéj, zdawał się rozpaczać nad swém osamotnieniem, którego nie pojmował, bo rzeczy tego długiego dramatu krwawego co-