Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/339

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Cytacya wyborna, — rzekł Roucher uśmiechając się, — ale porównanie nie dokładne — niema tu Pylada, są tylko dwaj Orestowie.
Tymczasem, żałobny pochód szedł daléj otoczony kupą jeźdzców zbrojnych, niewiele okien otworzono by mu się przypatrzéć; przechodnie nawet spostrzegając zdaleka przykory i wystawę zwykle towarzyszące wybrańcom gilotyny, szybko się przemykali w sąsiednie uliczki, dla uniknienia obrzydłego im widoku.
Dzień był prześliczny; złoto i lazur świeciły na niebie; kopuły, wieże, dzwonice, dachy kąpały się w atmosferze światłości; słońce thermidorowe rozlewało falami życie i wesele na ów gród wielki, który się dozwalał dziesiątkować osłupiały, dla dogodzenia kaprysom Collot’a i Fouquier, tyranów siedzących na tronie podtrzymywanym przez Konwencyą.
— Szczęśliwsi jesteśmy od tego biédnego Bailly, rzekł Roucher patrząc z roskoszą na ożywne światło słońca... nie zadrżym z chłodu na rusztowaniu.
— Wistocie, to szczęście, — odpowiedział Chenier — nie posądzą nas przynajmniéj o to, żeśmy się kala ulękli. Bailly biedak drżał z zimna!
— To dziwna — mówił Roucher — przypominam sobie z tego powodu epitet, który Wirgiljusz z cudną zręcznością wyrzucił na początek wiérsza drugiego... Ty to musisz pamiętać Chenier?
Wózek szedł daléj; wjeżdżali na przedmieście Ś. Antoniego prawie puste; młodzież cała była na placu boju, starcy i kobiéty nie wychodziły już patrzeć na te ofiary codzienne.
Chenier skłonił głowę i pomyślał trochę, nim odpowiedział przyjacielowi.