Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/338

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— U rogatki Wywróconéj; tylko co mi mówił woźnica, on to wié najlepiéj.
— Ale to daleko, do rogatki!
— Mówią, że przedmieście Ś. Antoniego nie chce więcéj patrzéć na przewożonych ku rogatce Tronowéj.
— Bo to nie wesoła rzecz dla przedmieścia.
— Właściciele domów podają prośbę.
— Dla czego tak się ta rogatka nazywa?
— Nie trudno się domyśléć, to inwencya Collot’a.
Rozmowy te były dosyć spokojne; zaledwie gdzie niegdzie ozwało się słabo — Ça ira, ale mu chór ludu nie towarzyszył.
Godzina, która miała otworzyć wrota więzienia, wybiła; straż przysunęła się z końmi ku wozkóm, dając się stoicznie łajać starym babom, które to miejsce uważały za swoje.
Dwódziestu siedmiu skazanych ruszyli w podróż ostatnią, a wzrok wszystkich ścigał ich z litościwém zajęciem.
W tym tłumie nikt nie wiedział, że dwóch poetów szło na śmierć pokutując za dwojaką zbrodnię — niewinność i genjusz.
Andrzéj Chenier, stał na piérwszym wozie, i ujrzał obok wchodzącego dobrze znanego, drogiego dawnego przyjaciela: był to poeta miesięcy, kommentator Wirgiljusza. Chenier i on podali sobie ręce, i twarze ich się rozjaśniły niebieską radością — ostatnią.
— Tak, zawołał:

Kiedy mojego druha przy sobie znajduję,

Losu srogości, cierpień mych nie czuję,
Zda mi się złagodzonym, uśmiécha weseléj,

Gdy nas przynajmniéj nie dzieli.