— Pani...
— O! mamy tu sędziego z Wenecyi, który wyrok jego skassował.
Z uśmiechu przeszła do powagi i mówiła: W naszych rodzinach wojskowych, miewamy zawsze podobne przeczucie nieszczęść. Gdy wuj mój zabity został na okręcie la Belle-Poule, którym dowodził pan de la Clochetterie, matka moja, w chwili jego śmierci zbladła przed źwierciadłem. Mój mąż jest teraz z okrętem swoim na morzu; wielkie niebezpieczeństwo mu zagraża. Zobaczysz panie Chenier, zapamiętaj ten dzień... Niewiasty Gallów od brzegów Ronu, dziś jeszcze jak niegdyś, mają genjusz przeczucia.
Chenier z dziwnym oczu wyrazem spójrzał na młodą kobietę. Goście się rozchodzić zaczynali, posługacze niosący lektyki napełniali sieni, w podwórzu błyskały pochodnie przewodników, krzyżowały się pożegnania, obiecywano sobie zobaczyć się wprędce, winszowano tak miłego wieczora. Chenier oczyma gnał za młodą kobietą, wśród tego świetnego tłoku ją widział tylko, wszyscy sobą byli zajęci.
W tém zbliżył się pan de Castellane i odezwał się: — Będziemyż długo jeszcze mieć przyjemność cieszenia się nim tutaj?
— Niestety! nie, odpowiedział poeta, za dwa dni odjeżdżam do Paryża. Ojciec mój czeka na mnie.
— Ślicznąś pan miał sąsiadkę u stołu.
— O! przecudną. Nie miałem odwagi spytać o jéj nazwisko.
— Jest to hrabina Margareta de G.
— Żona oficera od marynarki?
— Mąż jéj dowodzi okrętem l’Epervier, który ma missją do Senegalu.