Nareście, ruch się dał słyszeć większy w przyległéj sali, i obwinieni w liczbie dwudziestu ośmiu, usiedli przed kratą. Byli to mężczyźni i kobiéty różnych lat i stanów. Pisarz mięszał imiona nieznane z świetnemi nazwiskami Montmorencych, Montalembertów, Roucher’a, barona de Trenck. Gdy wywołano Cheniera, pani de Pressy podniosła oczy i ujrzała poetę stojącego, spokojnego jak najheroiczniejszego Greka dawnych wieków, ze stoicyzmem, który się nie zachwiał na chwilę. Andrzéj trzymał w ręku arkusz papieru i odczytywał raz ostatni, ostatnie wiersze, które głos stróża więzień przerwał mu w dziedzińcu Conciergerie: jakże ich tu nie wypisać — to był przedśmiertny, łabędzi śpiew poety:
Ożywia wieczory lata,
Tak śpiéw mój płynie, snuje się marzenie,
Nim je przerwie ręka kata...
Może, nim ta godzina przejdzie i uderzy,
Nim obumarłą źrenicą,
Więzień jéj kroki powolne wymierzy,
Zimną zégaru skréślone tablicą;
Może sen grobu ściśnie mu powieki,
Nim te dwa wiersze końcami się złączą,
Nim wiersz za wierszem zdąży niedaleki
Mury się wstrząsą i wbiegając rączo —
Przyjdzie śmierci posłaniec, pasterz cieniów srogi,
Z niemą swych żołdaków zgrają,
| . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . | . |
Ostatniego wiersza nigdy nie dośpiewał poeta.
Chenier złożył starannie arkusze i zwrócił się ku widzom, jakby między niemi szukał godnego, któremuby je mógł powierzyć.