Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/324

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Rozumiem tę wątpliwość, ale niech sam ci powie, a powątpiewanie to zniknie.
Postąpił ku Klaudyuszowi, wziął go za rękę Adrjan, ścisnął ją poufale i odezwał się głosem pełnym wdzięku.
— Nieprawdaż stryju, mój drogi ojcze? Słyszałeś com mówił? Czyż nadto rachowałem na twe serce prawie zawsze pełne uczuć szlachetnych?
Mouriez podniósł głowę i okazał oczy łez pełne, a twarz łagodnością dziwnie sprzeczną z rysami wzburzonemi, które hrabina widziała przed chwilą. Ścisnął dłoń Andrzeja i rzekł:
— Pani de Pressy dobrze zrobiła, że o mnie pomyślała w tym razie... ale źle uczyniła, że sama tu przyszła... Czemu się nie było udać do ciebie Adrjanie, nie pokazując się przedemną? Ja, zobaczywszy ją wpadłem w szał dawniejszy... namiętność jest zawsze panią mój woli. Czuję, że mi się rozum obłąkał, i chciałbym krwią okupić przebaczenie. Na Boga, pani, nie zbliżaj się do mnie... nie patrz... póki daleki jestem od ciebie, dopótym bezpieczny... Pozwól służyć sobie z poświęceniem, ale nie słysząc twego głosu, nie patrząc na twarz twoję... Ty, Adrjanie, przysięgam ci, będziesz rad ze mnie dzisiejszego wieczora.
— A! więc to dziś wieczór! — zawołała mimowolnie pani de Pressy.
— Tak pani — rzekł nie patrząc na nią Klaudyusz — dziś wieczór Chenier stawiony będzie przed trybunałem rewolucyjnym, to jest wyciągnięty na rusztowanie.
— Teraz pani — odezwał się Adrjan, ja odpowiadam za stryja, a jeśli, o czém nie wątpię, masz pani męztwo właściwe niewiastom tych czasów, możesz sama być przytomną sprawie, możesz pójść na nią ze mną, nasza przytomność doda siły dobrym chęciom Klaudyusza Mouriez.