Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/321

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Jest to syn republikanina, brat republikanina, jest to Andrzéj Chenier.
Szkarłatna twarz Klaudyusza nagle pokryła się bladością.
— Andrzéj Chenier — rzekł odzyskując mowę powoli — oddawna źle notowany... przeszłość jego nie czysta. Pióro jego, szarpało jak pazur dzikiego źwierza, wszystkich patrjotów, ma nieprzyjaciół potężnych, a w konieczności srogiego karania w jakiéj zostajemy, nie podobna żeby otrzymał ułaskawienie u trybunału.
— Jaklo? Andrzéj Chenier, nie miałby i jednego obrońcy wśród sędziów swoich! — zawołała pani de Pressy; ty panie cóś surowy ale prawy, ty coś sędzią, ale sprawiedliwym, miałbyś głosem swym potępić go z innemi!
— Pani, rzekł Mouriez z groźnym uśmiechem, nie wiész pani, że krok jéj w téj chwili jest niebezpieczny... nieostróżny... krok ten karzą prawa rewolucyjne najsrożéj. Chcesz pani ująć sędziego, urzędnika.
— Ha! odpowiedziała hrabina blademi usty — więc donieś — donieś o tém i wydaj biédną kobiétę, która przychodzi cię natchnąć uczuciem pełném szlachetności i ludzkości.
— Ha! a gdybym poszedł za jéj radą, odparł Mouriez łagodniejąc — jaka będzie moja nagroda?
— Nagrodą dobrego uczynku, jest własne serce; sumienie nasze poklaskuje, gdy pełniąc cnotę zbliżamy się do Boga. Zyskujem na tém spokój żywota, — tracim męczarnie zgryzoty. Chcesz-że pan innéj nagrody!
— Kiedy tak — rzekł Klaudyusz sucho — toś mnie pani nie zrozumiała.
P. de Pressy zamilkła.