Klaudyusz Mouriez, z wyżyny terasu spostrzegł go, i zszedł zbliżyć się do niego.
W téj chwili Robespierre zdawał się bardzo uważnie przysłuchiwać towarzyszowi swemu; podniósł głowę widząc nadchodzącego mężczyznę kolosalnego wzrostu, i poznawszy Klaudyusza Mouriez, przywitał go zimno, dając mu znak by usiadł.
— Kończ Duperray — rzekł — obywatel Klaudyusz Mouriez, należy do naszych.
— A więc nie do moich — rzekł Duperray z uśmiéchem wdzięcznym, który u niego osładzał każdy niemiły przycinek. Zresztą, to mi wszystko jedno... Mówiłem ci więc, Robespierze, że jedno jest tylko berło, któróm Francya rządzona być może, to berło — szabla z krzyżem związana. Wszelkie inne narzędzie rządu skruszy się u nas. Francya, wierzaj mi, jest krajem katolickim i żołnierskim — lubi tylko procesje i rewje; w téj chwili wszyscy, którym twoja wolność nie do smaku, walczą na cztérnastu może pobojowiskach; i to wielkie szczęście dla ciebie, bo gdyby byli we Francyi, a nie rozsypani po świecie, twój Komitet ocalenia publicznego nie utrzymałby się dwadzieścia cztéry godzin, i jutro już nie byłbyś Robespierrem.
Robespierre dobył srébrnego zégarka i zobaczył godziny.
— Duperray, rzekł, nie chcesz ze mną zjeść śniadania?
— Chcesz, żebym się kontentował jajami, które udają świéże? Ja pójdę na śniadanie do restauracyi pod Szyszką, i zjem sobie cóś pokarmistszego.
— A ty Klaudyuszu? spytał Robespierre?
— Ja już dwa razy dziś jadłem śniadanie — odparł Mouriez.
— Nicże mi więcéj dzisiaj poradzić nie masz? spytał Duperray’a, Robespierre.