— Adrjanie, przyjacielu — odezwał się Mouriez oczéwiście zakłopotany, nie obwiniaj, poczekaj.
— I owszem, stryju! ale nie długo poczekam, zobaczysz.
Przyszli na próg domu, na ulicy de l’Echelle: pokazała się gosposia Klaudyusza Mouriez z lampą w ręku, skrzywiona i odezwała głosem surowym.
— Uczciwi ludzie nie o téj godzinie do domu wracają — mogłeś zanocować gdzie byłeś.
Straszliwy Klaudyusz Mouriez schylił głowę, i jak dziecię skarcone poszedł cicho do swojéj izdebki.
Nazajutrz, Klaudyusz Mouriez wstał bardzo rano, i stanął na straży na tarassie des Feuillans, w Tuileries, czatując na przechód Robespierr’a, mającego tędy iść do Konwencyi.
Było to w piérwszych dniach miesiąca maja 1794 r. Dzień świetny był i roskoszny, bzy rozkwitłe wonią napełniały powietrze, drzewa rozwijały się zielonością silną i żywą, którą mają tylko w piérwszych chwilach wiosny, dopóki jéj letnie nie skazi słońce.
Robespierre siedział przed gierydonikiem z młodym Duperray, przyjacielem i nieprzyjacielem wszystkich jakobinów, i śniadał po spartańsku pod daszkiem ogródka, nazwanym wspaniale kawiarnią.