Parter zawołał — cicho! do loży, a Klaudyusz Mouriez byłby mu tą razą ochotnie za surową naukę podziękował.
Stryj i synowiec przypatrywali się Wulkanowi, jak się pogląda zwykle na sztukę sławną a nieznaną. Silvain-Marechal ułożył swój dramat, dziś całkiem zapomniany, z dosyć ciekawych materjałów. Wychowanek Voltair’a pożyczył z jego Kandyda karnawału Weneckiego; ale przesadził go jeszcze, zgromadza bowiem swoich dostojnych gości na bezludnéj wyspie, a wulkan wybuchający ostatnim jest jéj aktem i chłonie co żyło. Autor Wulkanu miał dowcipu dosyć, wiérsz jego zręczny; ale to dzieło rewolucyjne jest niesłychanie zimne i nie przydało jego sławie, pomimo wielkiego sukcessu, jaki mieć musiał wybuch wulkanu na końcu umieszczony.
Gdy zasłona zapadła, Klaudyusz Mouriez uderzył pięścią w poręcz loży i rzekł wstając:
— Oto sztuka co mi dawne uczucie w sercu rozgrzewa! Adrjanie! wstyd mi doprawdy mego próżniactwa, muszę się wziąść do pracy, muszę być czémś znowu...
— Stryju, odparł Adrjan, nie urodziłeś się na polityka, uznałeś to nie raz w chwilach zastanowienia chłodniejszego. Byłbyś wcale dobrym republikaninem w fałszywych rzeczypospolitych Rzymu lub Wenecyi, ale w naszéj, wierzaj mi, zawsze zdradzisz stronę niemoralną i zbyt zmysłową swego charakteru. Mądry Kato, którego cytowałeś przed chwilą, miał sto niewolników płci obu, obchodził się z niemi bardzo ostro, mówi historja; a pomimo to był tęgi republikanin.
— Prawdziwie, kochany synowcze, rzekł Mouriez podając mu rękę do wyjścia, masz mnie za człowieka zupełnie zniewieściałego?
— Mam cię stryju, za to, czém w istocie jesteś?