Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/262

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

jeszcze; kobiéty same nie śmiały się w nie zapuszczać po godzinie dziewiątéj wieczorem, nawet w najpiękniejszéj porze. Dziewiąta biła właśnie, gdy hrabina z Anielą weszły na ulicę Ś. Anny, gdzie było skromne ich mieszkanie. Kilka jeszcze sklepów w pół otwartych, błyskały słabwm lamp światłem mięsząjącém się z jasnością rewerberów i zdradzały rzadkich w tych cieniach przechodniów.
Aniela, ciągle posłuszna rozkazowi, odwracała głowę za siebie, ale wejrzenie to szybkie spotkało tylko kształty niewyraźne i mgliste, których pochwycić nie mogła.
Wśród tych postaci prześlizgujących się w ulicy Ś. Anny i przesuwających po pod domami, nie poznała Klaudyusza Mouriez; ale on nie stracił z oczów dwóch kobiét, których białe suknie byłyby w najczarniejszéj zdradziły nocy.
Kobiéty zatrzymały się przed numerem dwónastym; dało się słyszeć uderzenie młotem, wrota otworzyły się i natychmiast zamknęły za niemi.
Klaudyusz z największą ścisłością dom rozpatrzył, by go nazajutrz rozpoznać, bo po ciemku numeru wyczytać nie mógł. To dopełniwszy pobiegł szybko do teatru, by wrócić z Adrjanem razem. Wulkan Silvain’a już się był rozpoczął; Adrjan surowo spójrzał na stryja, i rzekł mu:
— Zdaję mi się, że trochę za długo oddychałeś powietrzem wieczorném.
— Spotkałem się pod perystylem z Barrerem, rzekł Mouriez siadając od niechcenia, rozmawialiśmy o dzisiejszém posiedzeniu Konwencyi.
Adrjan potrząsł głową tylko, jak gdyby mówił.
— Cóś mi to na bajkę wygląda.