zamku w lesie. Są zwłaszcza chwile, jak ta, gdy w Paryżu tylko mieszkać można, właśnie dla tego, że i on jest nieznośny. Przynajmniéj tu historją mamy pod oknami, — nie łudzą nas codzień, jak na wsi, komerażami wiejskich klubów. W Paryżu życie okropne to prawda, ale przynajmniéj, wie się dokładnie jak się żyje. Nie łudzim się, przerzucamy co dnia po karcie rewolucyą jak księgę; z tą różnicą, że historja czytana często nas zwodzi, a historja widziana nie myli.
— O, ja jestem całkiem zdania pani, odparła Aniela.
— Ale, moja dobra Anielo, jest czasem fatalność, co wszystkie plany łamie, a szczególniéj moje. W chwili, gdym się cieszyła z mojego postanowienia, fatalność ta pchnęła mnie tu, na ten teatr, dając mi lekcyą wdowieństwa... ten człowiek okropny zapędził by mnie na drugi koniec świata... bo moja Anielo, to on niechybnie, to Klaudyusz Mouriez, a ja jutro już nie będę w Paryżu...
— Mówiłeś mi pani, że na ostatniéj sztuce być nie chciałaś...
— Niech mnie Bóg broni od tego! Przyszłam na teatr, żeby się dowiedzieć, wiész to najlepiéj, — co może mówić i robić w tragedyi wdowa, kiedy to rzecz przyjęta, że teatr jest nauką moralności, ale w téj szkole nicem się dziś nie nauczyła.
— Można się było tego spodziewać, pani.
— Ja się zawsze spodziewam zawodu, ale dziś wieczór przeszedł oczekiwanie moje. Co się tycze sztuczki pana Silvain, cieszę się, że jéj widzieć nie będę.
— A więc wychodźmy pani.
— Tak, ale wynijdźmy powoli, ostróżnie. Zostaw nawet płaszczyk twój na poręczu loży, jakbyśmy powrócić mieli.
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/260
Wygląd
Ta strona została skorygowana.