Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/259

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Zdaje mi się, pani hrabino...
— O! dajże pokój tym tytułom między ludźmi, przerwała żywo młoda kobiéta — daj mi pokój z hrabiną proszę cię.
— Zdaje mi się, pani, kończyła Aniela wpatrując się w punkt wskazany... zdaje mi się w istocie, że poznaję tego człowieka! poznaję go raczéj po ruchach, po postawie niżeli po twarzy, któréj dobrze widzieć nie mogę... bo w teatrze dość ciemno.
— Jakże ci się zdaje, kto to taki, Anielo?
— To — zdaje mi się — o! mój Boże, chciałabym się mylić! To... Klaudyusz Mouriez.
— Anielo... drészcz mnie przebiegł jakiś, nie mylę się to on... poznaję także po figurze jego sąsiada, tego młodego człowieka.
— Naraża się zwykle na takie spotkanie, bywając w miejscach publicznych...
— A! mój Boże! zawołała hrabina z głębokim westchnieniem, alboż wiém co począć z sobą? Nie mam celu żadnego w mojém smutném życiu. Chciałam na wieki zagrzebać się w moim zamku; i poznałam, że mi ta samotność nie starczyła. Ten nudny margrabia d’Holbein, wypędził mnie ztamtąd, a on był tylko zwiastunem tłumu Holbeinów, któryby mnie obiegł późniéj. Mężczyzni mają passję latać za kobiétami, które się usuwają od świata, zawsze pod pretextem rady i protekcyi, a każdy z nich sam chce być jedynym protektorem. Doświadczenie wdowieństwa oddawna mnie tego nauczyło.
— O! to prawda, pani, zauważyła Aniela.
— Tak, mówiła dalej hrabina, położenie moje na wsi stawało się nieznośne. Musiałam się schronić do Paryża. Ogromny Paryż zdawał się pustynią większą od naszego