Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/258

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

czasach nie dają się pogodzić obowiązki urzędnika z awanturnictwem miłośném.
— No, mój kochany Adrjanie, kiedy tak, to mi moje zrzucenie wraca zupełną swobodę, rzekł stryj uśmiechając się. Teraz przed nikim rachunku czynności nie winienem.
— Prócz, mnie.
— Tobie? myślisz, że całe życie będę pod kuratelą synowca?
— Nie wiém, ale ja nie myślę się jéj wcale wyrzekać.
— Myślisz mi być zawsze opiekunem?
— Zawsze, — sto razy ci to mówiłem. Zajmuję przy tobie miejsce zmarłego brała; nie twojego honoru strzegę, ale honoru ojca mego i własnego.
— Ale co cię za szał napadł, mój Adrjanie, w twoim wieku grać rolę Katona!
— Naprzód, stryju mój, nie wiém zupełnie w jakim wieku Kato rozpoczął swój urząd, a raczéj missję Cenzora; powtóre, myślę, że ludzie młodzi już w naszych czasach rozum mieć powinni, gdy ci co są młodzi jeszcze, nie wiele go okazują.
— Adrjanie, więcéj cię na teatr nie poprowadzę.
— A ja, będę stryja prowadził ciągle.
— Milczmy, zaczynają sztukę Silvaina-Marechal.
W tejże chwili, w innéj loży, dwie kobiéty rozmawiały także, między aktami, i zdawały się bardzo poruszone. Młodsza z nich i piękniejsza mówiła do drugiéj:
— Moja Anielo, pókim oczu łzami wylanemi popsutych nie miała, poznawałam każdego w teatrze, chociażby najdaléj... Ty, Anielo cóś mniéj płakała odemnie, czy poznajesz tego człowieka, który na nas patrzy z loży przeciwległéj?