— Bo dziś rano, pani hrabina wyjechała.
— Do?..
— Do Paryża, pocztą..
— Nie podobna!
— A! jeśli nie podobna, rzekł ogrodnik, niech pan tu sobie na ganku poczeka, to może na przyszłe lato powróci.
Ogrodnik ukłonił się i odszedł.
Margrabia d’Holbein, wpatrzył się w facyatę zamkową, wszystkie okna były pozamykane. Zszedł z ganku, przeszedł pod stajnię, pod oborę, psiarnię — wszystko stało zaparte, milczące, opuszczone. Postanowił czekać nocy pod drzewami przed zamkową bramą — nikt się nie ukazał. Niepodobna było wątpić o wyjeździe. Margrabia ciągle trzymając list swój w ręku i bijąc po nim palcami, rzekł wreście:
— Teraz rozumiem, tu kobiéta widziała się zgubioną — uciekła!.. ale powróci!
Schował starannie list do wielkiego pugilaresu, i otworzył furtkę swego parku, zawsze bardzo rad z siebie, ale niemniéj trochę strapiony, że hrabina tak się go przelękła.
Grano na teatrze Rzeczypospolitéj: Wdowę Malabaru, tragedyą, i Wulkan, fantazją Silvain’a Marechal. Na parterze, w lożach ścisk był wielki. Jedni przybiegli patrzéć na niewinne widowisko kobiéty palącéj się na stosie alexandrynów; drudzy poklaskiwać wulkanowi, który na bez-