Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/201

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

usta mruczały jońskiemi wierszami; miłość szła do niego od ziemi, natchnienie z niebios płynęło. Siedząc na placu śmierci, odmawiał pomimowoli pożegnanie życia Gilbert’a, jak poboźniś odmawia modlitwy konania, i mówił do siebie:
— Jeden jeszcze, jeszcze jeden poeta ginący w wieku moim, u progu świetnéj przyszłości! Biedny Gilbert! Jak się on uśmiéchał, umiérając, do téj pięknéj natury, do uśmiéchnionego lasów wygnania! a z tchnieniem jego ostatniém, natura nie przestała być piękną, lasy nie przywdziały żałoby! Co obchodzi naturę, że jeden poeta umrze! sama natura jest poetą, i niewiele dba o bezsilnych współzawodników swoich.
Godziny upływały, Chenier wściekle cisnął gardę szpady schowaną pod suknią, obruszał się na to niepojęte opóźnienie, któreby na rachunek tchórzostwa położył, gdyby odwaga hrabiego nie była uznaną powszechnie u dworu i wszystkich co go znali.
— O! wołał jakby go kto mógł słyszeć — jeśli to nie tchórzostwo, to dla mnie gorszego cóś jeszcze! Jest to nowa i krwawa obelga! Szlachcic obarcza poetę ironją swéj pogardy! Głos jego szyderski woła do mnie ze wszystkich tych drzew — Wierszokleto nie wart jesteś żebym zszedł do ciebie z dobytym orężem! Ten śmiészny hrabia parodjuje Alexandra Wielkiego, który drugiego Alexandra żądał, żeby się z nim mierzyć! Obelga ta szarpie mi jak sęp wątrobę.
Oczy poety błyskały ogniem, szpada jego dobyta darła trawnik i podrzucała niewinne kwiaty wyrwane ziemi, miotając niemi na wszystkie strony.
Nagle myśl straszna spadła na głowę jego, i od niéj zadrżał jakby go raził płyn elektryczny.

Tak długie milczenie hrabinéj Margarety, doskonale się teraz tłómaczyło. Poeta został zapomniany. Ta kobiéta,