Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/200

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Wszystkiegom zapomniał oprócz obrazy; jeszcze mi ona czoło rumieni.
— No, panie Chenier, jeśli chcesz to odwołuję com powiedział.
— A ja nic nie odwołuję.
— Niech i tak będzie, kiedy koniecznie chcesz, muszę się do twéj woli zastosować.
Hrabia skłonił się bardzo wdzięcznie poecie i znikł w gęstwinie lasu.
Chenier zapomniał o liście z którym szedł, i zamyślił się o losach jutra.


XXIV.
Schadzka.

O umówionéj godzinie, Andrzéj Chenier stanął na placu; poeta został znów podporucznikiem; niósł z sobą do boju tę odwagę którą instynkta szlachetne obdarzają wszystkich ludzi genjalnych, wszystkich artystów władających pieśnią, dłótem lub pędzlem; odwagę, która towarzyszyła Michałowi-Aniołowi w r. 1527 w oblężeniu Florencyi, która ożywiała Danta wstrzymującego Pizanow w Ponto-d’Era i Salwatora Rozę, gdy w wąwozach Abruzzów, chwytał broń rzuciwszy pędzle.
Poeta pożerał chwile upływające, a oko jego wciskające się w każdy przestrzał lasu, nie mogło dostrzedz żadnéj postaci ludzkiéj poruszającej się w cieniu tych mass zieloności, w których ptacy śpiewali tylko poezje swoich miłostek.
Nawet w téj chwili gorączkowego oczekiwania, podlegał dwóm panującym wpływom, od których myśl jego oswobodzić się nie mogła. Oczy jego widziały kobiétę oddaloną,