Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Doskonale! rzekł hrabia śmiejąc się — spotykamy się na przesmyku, pan i ja, jakby to było wyznaczone stanowisko. To prawdziwie szczęśliwie! Nie wiész tam pan o jakim odyńcu lub maciorze?
— Panie hrabio, odparł Chenier, zdaje mi się, że te wstępy są próżne i niegodne nas obu. Potrzeba śmieléj przystąpić do rzeczy, a jam gotów odpowiedzieć mu.
— Na poczciwość, poeto, śmiesznym mi się wydajesz. Jeśli się panu zdaje przystąpić do rzeczy, no to przystępuj piérwszy, a śmiało? Co do mnie, gotów jestem gadać z panem o rzeczach obojętnych do wieczora, jeśli się to panu podoba, i opowiedzieć mu o przepyszném polowaniu, jakieśmy tu mieli z P. de Grave d. 12 lipca 1789, na którém wszystkie nasze psy się rozprzęgły... Niech pan tylko raczy usiąść pod tym drzewem, opowiém panu jakie nam tu figle płatał odyniec, którego w ostatku zmuszeniśmy byli forsować końmi.
— Hrabio de Pressy, rzekł Chenier, pan nadużywasz żartu.
— Tęgo mówisz poeto, ale nie przystępujesz jeszcze do rzeczy.
— Hrabio de Pressy, pan wiész dobrze, że oba nie mamy jedynéj broni, któraby nas od szermowania słowami uwolnić mogła.
— Jest to jakaś mglista groźba? nie prawdaż panie Chenier?
— Przystępuję śmiało do rzeczy, panie hrabio.
— Chcesz się więc wytłómaczyć pojedynkiem?
— Innego tłómaczenia dać panu nie mogę.
— Mylisz się, kochany poeto.
— O tém ja tylko sądzić mam prawo, a ja nie przyznaję się do omyłki.
— Daruj mi, panie Chenier, przyznasz się do niéj, boś