swe domysły dalszém badaniem; bo co przypuszczał nadewszystko i nie bez prawdopodobieństwa, to stosunek jakiś występny między hrabiną a Adrjanem. Zasiadł więc w szynczku drwalów niedalekim od domku Denisa, i płacąc sowicie gospodarzowi, żeby u niego być bezpiecznym, zasiadł niejako szpieg, co zawsze ohydna, ale jako postrzegacz, co czasem dozwolone.
Andrzéj Chenier, czekał jeszcze na obiecanych posłańców i ciągle nadaremnie; opóźnienie to co chwila dziwniejsze i mniéj pojęte mu się wydawało. Sprzykrzywszy sobie oczekiwanie, napisał list rozpaczliwy, w którym dopraszał się o chwilę rozmowy, dla umówienia się o wyemigrowanie do Anglji. Opatrzony tym listem, poszedł jednego ranka ku Viroflay, rachując na zręczność, która mu poddać miała miejscowość i okoliczność z oddaniem swojego pisma hrabinie.
Gdy tak krążył z listem w ręku wzdłuż murów ogrodowych, kryjąc się za drzewami las obrzeżającemi, usłyszał szelest kroków i zwracając szybko głowę, ujrzał naprzód i poznał hrabiego de Pressy. Są chwile w których podstęp wszelki byłby próżny, bo nie dozwalają żadnego daremnego wybiegu.
Hrabia ukłonił się Andrzejowi Chenier z tą grzecznością wdzięczną, która w podobnych razach równa się uderzeniu piorunowemu, i podał mu rękę, jakby go spotkał na przechadzce w ogrodzie.
— Pokazuje się, rzekł, panie poeto, że oba razem przetrzęsamy las, i jednym idziemy tropem, iż użyję wyrażenia myśliwskiego.
— Zdaje mi się, odparł Chenier z zimną krwią dobrze udaną — że wolno mi las przetrzęsać jak panu, odkąd prawa myśliwskie nadały nam więcéj swobód pod Rzeczpospolitą.
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/195
Wygląd
Ta strona została skorygowana.