Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

riez ranny tylko, potrzebuje odpoczynku i spokoju. Ustąpmy i dozwólmy lekarzom robić swoje.
Najsilniéj exaltowani przypuszczali śmierć tylko, odrzucając wszelką nadzieję wyleczenia; potrzeba im było zabójstwa zupełnego.
Dzień tak upływał wśród niepewności, gdy afisz z ratusza pochodzący, oznajmił urzędowie, że Klaudyusz Mouriez niebezpiecznie ranny przez podłego zbójcę, w skutek zaburzenia ostatniéj nocy, nie zostanie stracony dla Rzeczpospolitéj, że winni odkryci będą i śmiercią ukarani..
To ogłoszenie municypalności, uspokoiło nieco rozdrażnione umysły.


XX.
Badanie obwinionego.

— Jakżeś pan noc przepędził?
— Dość dobrze Zuziu... spałem spokojnym snem godzin kilka.
— No! no! miéj cierpliwość... wyszedłeś z niebezpieczeństwa. Doktor mówił.. czekaj pan, napisałam sobie co mówił, jego własne słowa: Niéma żadnego ważnego zbawienia, w organach żywotnych obywatela Klaudyusza Mouriez.
— Chcesz mówić zapewne zranienia nie zbawienia.
— Napisałam zbawienia, i koniec!
— Jak sobie chcesz, Zuziu! i żadnych wieści o Adrjanie?
— Ah! niema żadnych!

— To Zuziu, to moja rana największa! Gdyby mnie Adrjan po czole pogłaskał, zostałbym uleczony.. Co się stało z tym biédakiem.