Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/156

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

padki które czasem sprowadza odwaga nieostróżna i nie w miejscu.
— Gdy będzie potrzeba! powtórzył szydersko Chenier, gdy będzie potrzeba! Ale podobne rzeczy natychmiast wyjaśnione być powinny. Sprawiedliwość jego ma-li się wlec kulawa, gdy gotowe ofiaruję jéj skrzydła by dościgła celu?
— A więc! zobaczmy! rzekł Mouriez, zobaczmy tych skrzydeł — i ręce skrzyżował na piersi nakształt puklerza.
— Zobaczysz pan — mówił daléj poeta — mamy instynkta nieomylne do czytania z twarzy, jak panowie czytacie z raportów policyjnych. Dla mnie wywód sprawy téj nocy pisze się na twarzy pańskiéj, w oczach jego; brzmi w każdym wyrazie jego mowy; rysuje się w wesołości smutnéj która rysy jego pokrywa... do tego stopnia że uśmiech ten, ruchy, postawa byłyby inne gdyby to co zaszło nie tém było czém jest w istocie, do tego stopnia że wasz synowiec, uczciwy młodzieniec, gdyby nie tak było, już by się wydał broniąc pana, a przecież milczy i oskarża go milczeniem swojém. Czy dość to jasne? Chcesz jeszcze promyka!.. niech i tak będzie... Pan zwierzęcą namiętnością kochać śmiesz tę kobietę i sam jesteś sprawcą, sam wspólnikiem barbarzyńskiego napadu nocy ostatniéj!
Adrjan z rozdzierającym straszliwym krzykiem, upadł i omdlał: daléj go już odwaga dźwignąć nie mogła i utrzymać.
Ziemia zadrżała pod nogami Klaudyusza, głuchy jęk wyrwał się z piersi olbrzyma, jak odgłos źródła Solftary — Pan się urągasz reprezentantowi prawa! zawołał grzmiąco — aresztuję pana!
— Dobrze! odparł Chenier — szlachetna odpowiedź na moje obwinienie! wybornieś się oczyścił.
— Pan prawa nie masz mnie nic zarzucić!
— Żądasz pan światła odemnie, udzielam go.