tém wszystkiém, inni byli tylko jéj ślepem narzędziem. Tę rękę dosięgnąć potrzeba, i przyjdzie to panu łatwo, tak łatwo, że uczynić tego nie zechcesz...
— A cóż mi może przeszkodzić do spełnienia mego obowiązku? zapytał Klaudyusz głosem na wpół pewnym, wpół wahającym jeszcze.
— Co może przeszkodzić! Na co te pytanie? pan to wiész przecie.
— A! ja to wiem! powtórzył Mouriez z gorzkim uśmiechem.
Chenier po kilka razy głową dał znak potwierdzający.
Adrjan, blady z przestrachu, patrzał na hrabinę która oczy spuszczone miała ciągle ku ziemi, ze stoicyzmem zupełnym.
— Jednakże, odezwał się Klaudyusz z udaną najniezgrabniéj naiwnością, gdybym nie miał dość przebiegłości, gdybym mniéj wiedział niżeli pan sądzisz, wszak wolno mi będzie, uciec się do jego światłéj rady?
— Nigdym nikomu, odparł szybko Chenier, nie odmówił udzielenia światła jakie mieć mogę.
Są wyrazy które zdają się odskakiwać od piersi słuchacza jak kule od tarczy do której wymierzone były. Mouriez poskoczył jak człowiek rażony kulą wystrzeloną w pierś samą.
— Więc, rzekł smutnie się uśmiechając, udam się gdy będzie potrzeba o radę do pana.
I spójrzał na hrabinę z miną kogoś, co się spodziewa że go przytomny pośrednik ze srogiego wywiedzie kłopotu.
Hrabina udawała w téj chwili że z największą uwagą przypatrywała się wierzchołkom drzew swego ogrodu, jakby obrońcy swemu dozwalała z zupełną swobodą wyrażać myśl przedsięwziętą, nie troszcząc się wcale o wy-
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/155
Wygląd
Ta strona została skorygowana.