téj do najczulszéj słodyczy: ta kobiéta, którą ścigał tak zapalczywie w wolnych od politycznych swych prac chwilach, stała przed nim, i niewinne szczęście widzenia jéj, zacierało w nim pamięć Fouquier-Tinvill’a, dziennika Przyjaciela ludu i klubu Jakóbinów.
Naglony wzrokiem panującym Adrjana, Klaudyusz Mouriez bełkotał niewyraźne słowa pożegnania, ale nie miał odwagi skazać się na zaćmienie nagłe widoku piękności; wyrazy ostatnie na drżących jego ustach zmieniły się zupełnie, i zamiast nich, rzekł następujące słowa:
— Czy pani... ma jakie podejrzenia... ktoby być mogli ci złoczyńcy, o których mówi mój synowiec?
— Nie panie, odparła hrabina z dobrze udaną prostotą.
— Dość by mi było najlżejszego śladu, do dójścia tych ludzi...
— Najmniejszych śladów nie mam.
Dwóch ludzi kochających się w jednéj kobiecie, nigdy się nie omylą na sobie. Andrzéj na chwilę nie odwrócił wzroku z Klaudyusza Mouriez, i oświecony nagle już wszystko zgadywał.
Dwadzieścia razy gorący poeta wstrzymał, jak sam mówił «szatana co jego sercem miotał» walka ta ostróżności i exaltacyi musiała się zakończyć: exaltacya wzięła górę.
— Mości panie, odezwał się ze szczególnym akcentem, który zaostrzała nieustanna ironja, — chociaż pani niéma żadnych do wskazania mu śladów złoczyńców, życzliwy jego wymiar sprawiedliwości zrażać by się tém nie powinien. Z tych wyżyn na jakich pan stoisz, łatwo mu widzieć dobrze i zapewnić pomyślne skutki badaniom. Skoro pan zażądasz dowiedzieć się o wszystkiém, dowiesz się wszystkiego. Ja ręczę za skutek. Nadewszystko szukaj pan występnych gdzie potrzeba; ręka zbrodnicza wiodła
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/154
Wygląd
Ta strona została skorygowana.