Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— No! stary marynarzu, probuj! śmiało! Walenty rzucił ostatnie i szybkie wejrzenie na zdradliwe sztachety, od których przelezienia się wykręcał, i szybko skierował się ku domowi.
Wszędzie było pusto i niepozamykano; brama nawet od ulicy Thiers, stała otworem.
— A com ja mówił? rzekł dumnie Walenty.
— Dobrześ był natchniony, wyznaję, ale wyznaj Walenty, że niechciało ci się drugi raz przełazić.
— Mnie! panie hrabio! mnie! jabym dwadzieścia takich parkanów jednéj nocy przesadził! Pan nieznasz marynarzy!
— A więc najkrótszą drogą do domu... Potém będziemy musieli wyszukać tego odważnego... ogrodnika który przyszedł nam w pomoc... Chcę mu... podziękować Walenty...
Sługa nic nie odpowiedział; w chwilę potém wracali do hotelu de Pressy.


XIV.
Strzeżony.

Pewien że go nie poznano, a rachując na milczenie starego majtka, Andrzéj Chenier zatrzymał się chwilę w progu domu, oswobodzonego od nocnych szpiegów, a przewidując że wkrótce powrócą silniejsi, udał się ulicą szybkim krokiem do siebie, otworzył zwolna furtkę ogródka i wszedł do domku z największą ostróżnością, usiłując nie obudzić przyjaciela Roucher.
Ale go tu w pokoiku jego czekała niespodzianka; zastał w nim Roucher’a czytającego praedium rusticum, gdyby w biały dzień.