Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/117

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

— Nic nie wiém panie hrabio — odezwał się Walenty, wstrzymując oddech.
— Jeśli to prosty człowiek, radbym go wynagrodzić... Nie lubię usług daremnych.
— Tak i myślę że to prosty człowiek, dodał Walenty... najpewniéj... to być musiał ogrodnik miejscowy.
— Najpewniéj! powtórzył echem hrabia.
— Mimo ciemności uważałem, że ubrany był tylko na wpół, jakby przebudzóny zerwał się z łóżka.
— Ba!.. dobrze miał oczy przetarte, zuch! Walenty, teraz już wszystko uspokojone, hrabina wyszła z niebezpieczeństwa, przynajmniéj do jutra; niewiem jakiem szczęściem nadzwyczajném, nikt mnie tu niewidział. Ukazując się, wiedziałem dobrze, że tracę owoc całorocznego ukrycia, ale w niebezpieczeństwie się nie rozumuje. Chodź Walenty, wracajmy do naszéj, w drugim ogródku, zasadzki. Sługa poszedł za panem aż do sztachet.
— Wiesz Walenty, rzekł hrabia uśmiechając się — wielce mnie zdziwiłeś przybywając mi w pomoc przed chwilą.
— Cóż to? pan hrabia o mnie wątpił?
— Nie, mój Walenty, nie! nie wątpiłem ani o odwadze twéj, ani o poświęceniu; ale wolno mi było zwątpić o zręczności. Do licha! w twoim wieku wleść na te sztachety jak się właziło na maszt Pomony, pod dowództwem hrabiego d’Estaing, — to sztuka!
— A! ba! bo... widzicie, panie hrabio... żeglarze się nie starzeją... jak wieloryby... jak wieloryby... morze ich soli i osoleni... trwają...
— Otoż jeszcze raz trzeba ci się sprobować z temi sztachetami, ale ci teraz przyjdzie łatwiéj, znasz drogę... Chcesz iść przodem?