Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/116

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

się może przestraszyć... A dopókim się odziała, wiele czasu straciłam.
— Doskonale odpowiada, kobiecina!
— Łatwo dobrze odpowiedzieć, kiedy się mówi prawdę.
— Dość! dość! idź sobie!
Dwaj ichmość zeszli z ganku i przybywszy do piérwszych drzew, spotkali się ze szpadą hrabiego de Pressy, który się odezwał do nich spokojnie.
— Ani kroku daléj lub śmierć! Precz! panowie inkwizytorowie!
Przybyli odskoczyli w tył żywo i dobyli szabel puszczając z rąk świece.
W téj że chwili nowy przeciwnik wpadł jako piorun pod cienie drzew, wywijając z nadzwyczajną szybkością gracę ogrodową, odpędził dwóch ludzi! i pognał za niemi aż do sali. Tu szczęściem dla nich, drzwi wiodące na ganek i ku bramie, znaleźli otwarte, wyskoczyli niemi na ulicę i uszli, a daléj ich nie gnano.
Hrabia de Pressy doznał wstrząśnienia okropnego, które nie pochodziło z uczucia doznanego niebezpieczeństwa. Scena ta odbyła się tak żywo, noc była tak ciemna, że poznać nie mógł tego zręcznego i silnego wojownika, który tak w porę na pomoc mu przyszedł; ale posiłek był dlań krwawą obrazą: nie widząc twarzy gorliwego obrońcy, hrabia w nim zgadywał kochanka i mógł go nawet nazwać. Tu dopiéro godło rodziny de Pressy — ad omnia paratus, miało wskrzesić w nim szlachcica i przypomnieć mu godność jego poniżoną w oczach sługi.
Zmiana była nagłą.
— No! Walenty, rzekł biorąc szpadę pod lewą rękę... to zuch który wywija kijem, jako szwajcar na processji w Aix... Wiész ty kto to taki?