— Wiemy że kłamiesz, a zatém pójdziesz z nami.
— Pójdę.
— Czy jest tu piwnica w tym domu?
— Jest? chcecie ją zobaczyć, proszę...
— Nie głupi któś chować się w piwnicy teraz... pani twoja jest w ogrodzie... kiedyśmy jéj nie znaleźli tutaj... daj nam dwie świece, i nie ruszaj się ztąd.
Gdy Aniela przygotowywała żądane światło, dwaj ludzie dopełniający téj nocnéj rewizji, wystawili głowy przez okno salki dolnéj, i poczęli się przypatrywać ogrodowi.
— Dwóch tylko... rzekł Walenty do ucha hrabiemu.
— Nie licząc tych co są na ulicy, odpowiedział hrabia.
— Prawda! nie pomyślałem o ulicy!
— Tym czasem róbmy tu co każę obowiązek, a przyjdzie pora na ulicę także... nie widzisz że hrabina w ogrodzie być musi.
— Ba! to nie trudno zgadnąć, panie hrabio.
— Ci panowie zamyślają o polowaniu z pochodniami. Zabawka królewska!
— Tak panie hrabio, ale zapomnieli wprzód las przetrząść.
— Dobrześ to powiedział Walenty... masz wiele dowcipu.
— A! proszę pana, odbyłem dwie kampanje w Indyach.
— Prawda! no! weteranie mój, mówże, czekać, czy rzucić się na nich.
— Wielką mam ochotę szturmować do tego domu...
— Dość! otoż i oni!
Ten sam głos który wybadywał Anielę dał się słyszeć, gdy dwie świece zniesiono.
— Jeszcze jedno pytanie. Dla czegośmy musieli trzy razy stukać do bramy?
— Bo kobiéta sama jedna w domu, o północy, bardzo
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/115
Wygląd
Ta strona została skorygowana.