Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Walenty podniósł prawą rękę, powtarzając swoją przysięgę, chwycił sztylet i pośpieszył za swoim panem.
W téj że chwili usłyszano powtóre — Otworzyć, w imie prawa, a głosowi temu towarzyszyło gwałtowne dobijanie się do bramy.
Głos odpowiedział od domku — Zaraz! zaraz! i w krótce potém, drzwi się otworzyły i zamknęły prędko.
Chenier wskoczył do ogrodu nie wahając się, a gotował mieć udział w walce, jeśliby do niéj przyszło. Przykro mu było, bez wątpienia, kompromitować kobiétę, ukazując się u niéj o téj godzinie; ale są okoliczności wymagające, które wszelką rozważną i ostróżną myśl tłumią; — nie pokażę się, mówił w sobie, chyba w ostateczności, jeśli usłyszę krzyk boleści kobiéty.
Hrabia de Pressy i Walenty, zakryci krzakiem bzu, zwrócone mieli oczy na dóm, zaledwie odległy o pięć kroków, usłyszeli naprzód głosy niewyraźne odbijające się w korytarzu, potém otwieranie i zamykanie drzwi z trzaskiem i wykrzyki niecierpliwości, gniewu, ulatujące przez otwarte okna. Hałas ten wewnętrzny zbliżał się i rozległ nareszcie w salce na dole, wychodzącej ku polu, na prost hrabiego de Pressy.
— Tak, — odezwał się głos żywy, utrzymujesz że tu mieszkasz sama?
— Tak, panie, sama jedna.
— Nazywasz się.
— Aniela Brunon.
— Zamężna jesteś?
— Jestem wdową.
— No, to ty pokazałaś oknem głowę, gdy sabaudczyk śpiewał pod oknami.
— Tak jest.