Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

Rzucił szpadę na drugą stronę i do Walentego się odezwał.
— No! pora spisać się ze zręcznością majtka! za mną!
To mówiąc, hrabia wlazł na sztachety, sparł nogę pomiędzy dwóma ostrzami strzał zakończających je i skoczył za orężem swoim.
Dostawszy się na stronę przeciwną i nie patrząc już co się dzieje z Walentym, pobiegł zasiąść pod drzewami najbliższemi domu.
— Hrabia powinien był mi trochę dopomódz, odezwał się sługa i wesprzeć... ale probujmy.
Jakoż sprobował Walenty, ale choć zdrów jeszcze i i silny, odzwyczaił się bardzo od łażenia na maszty.
— A! rzekł uderzając się w czoło, czemu mi też hrabia nie pomógł!
— No to ja ci pomogę, odezwał się głos cichy nad uchem jego.
Walenty powoli odwrócił głowę, jak człowiek z nadzwyczajnościami oswojony, i ujrzał przed sobą Andrzeja Chenier.
— Ani słowa! Walenty, ani chwili tracić nie można! rzekł Chenier, daj mi słowo starego żołnierza że dochowasz tajemnicy...
— Przysięgam że będę milczał, byłeś mi pan dopomógł przeleść te nieszczęsne sztachety.
Andrzéj obdarzony wielką siłą, wdrapał się na sztachety i złamał pięć szpic ich, zjedzonych rdzą odwieczną: a opanowawszy tę pozycyą, pomógł Walentemu wleść na wierzch i spuścić się w drugą stronę, wstrzymując go na rękach jak na sznurach żelaznych.
— Teraz, rzekł — masz jeszcze oto mój sztylet i zachowaj mi go razem z tajemnicą moją.