Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/112

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

ków których nie widzi, ale o nich wié, ale ich czuje... co ją najwięcéj właśnie przerażać powinno.
— Istotnie panie hrabio — to niepojęta rzecz!
Hrabia de Pressy sparł czoło na sztachetach i począł dumać.
W tém silne uderzenie młota dało się słyszeć w blizkości a kierunek głosu dowodził, że zastukano do bramy N-o 19.
Hrabia podniósł odniechcenia głowę i spojrzał znacząco na Walentego.
Stary sługa prawą rękę przyłożył do ucha i wskazał palcem na domek hrabinéj.
— Północ, rzekł cicho hrabia — pora nie właściwa na uczciwe odwiedziny!
— I ja to myślałem! rzekł cicho Walenty.
Brama się nie otwierała. Po długim przestanku, dwa uderzenia młota nastąpiły po piérwszém.
Hrabia ujrzał na ówczas biegnącą ku domowi z pośpiechem spłoszonéj gazelli, młodą kobiétę, którą teraz poznał lepiéj jeszcze. Milczenie nocy w opustoszonéj téj części miasta, dozwalało słyszeć wszystko, otworzyło się okno w facyacie domu wychodzącéj na ulicę, i głos słaby spytał o cóś nie wyraźnie.
Silniejszy odpowiedział.
— Otworzyć! w imie prawa!
— W imie prawa! rzekł hrabina nie starając się już głosu miarkować — hrabia w niebezpieczeństwie, zapomnijmy wszystkiego.
— Tegom się spodziewał — rzekł Walenty.
Hrabia obejrzał sztachety, zmierzył ich wysokość i rzekł.
— Można przeleść.