Przejdź do zawartości

Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/110

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została skorygowana.

szli i czekają tylko pory, by cóś przedsięwziąść. Niedawno jeszcze, nie doniesionoż mi dwóch wściekłych pisarzy Dziennika paryzkiego: Andrzeja Chenier i Roncher, którzy się schronili do Wersalu zamyślając o kontr-rewolucyj; dwóch ludzi gorszych od stu kobiét, bo rankami piszą wierszyki w gabinetach dam, a wieczorem prozę po tajemnych schadzkach. Rozkazując zatrzymać autorów dodatku N o 13, czy będę surowym czy sprawiedliwym?
— Stryju kochany, wychodzisz z kwestji, powiększasz ją, aby zamydlić. Jeśli są śpiskowi jacy, twoim obowiązkiem czuwać nad rzeczpospolitą. Nikt ci wyrzucać nie będzie nieszczęsnéj surowości twego urzędu; alem ja chciał rozprawę ograniczyć jedném zadaniem, i oświecić cię o fałszywym kierunku, w którym idziesz z powodu namiętności wcale nie politycznéj i nie republikańskiéj. Niechcę, dla czci rodziny naszéj, dla świętéj pamięci mojego ojca, żeby mówiono że zaciętość twoja względem hrabinéj Margarety, wynikła z uczucia podejrzanego i zupełnie obcego sprawie publicznéj.
— Adrjanie, Adrjanie, dość, niemasz już zemną najmniejszego pomiarkowania, muszę co chwila wstrzymywać się wspomnieniem, że jesteś moim bratankiem i przybranym synem.
— Dla tego właśnie tak otwarcie mówię; tytuł ten daje mi prawa. Gdybym był obcym, podałbym się do dymissji i pojechał do matki która czeka na mnie, ale zostaję w miejscu gdzie ci użytecznym być mogę, i nie pójdę.
Klaudyusz Mouriez ruszył ramionami, siadł do biura swego i począł przewracać góry papierów na niém leżące; w ostatku tonem łagodnym rzekł.
— Adrjanie, straciliśmy godzinę czasu na próżnéj gawędzie, czas drogi, nie trzeba go tracić ale używać. Ma-