na, posuwam się nawet z dobroci aż do rodzaju usprawiedliwienia przed tobą.
Czegoż możesz żądać więcéj?
— Nie, mój stryju; wiész że cię kocham, że usiłuję cię sprostować, używając ku temu co w tobie jest dobrego.
— Wyborny! synowczyk! rzekł Mouriez z uśmiechem, — ja, przed którym tu wszystko drży, będę jak widzę musiał drzeć z kolei przed studentem. Adrjanie, znasz i widziałeś scenę gorszącą pod hotelem de Grave!
— Tak, stryju.
— Widziałeś własnemi oczyma z jaką nieostróżnością anti-rewolucyjną, ta kobiéta wywiesiła na swoim balkonie kwiaty kolorów buntowniczych?
— Stryju, możesz to mówić serjo? mogąż być buntownicze kwiaty? wśród swobody powszechnéj nie wolnoż wystawić na balkonie kwiatów, jakie się komu podobają?
— Ale nie! tysiąckroć nie! otoż to dowodzi żeś dziecko, i nic polityki nie rozumiesz. Ta ex-hrabina nie mogła wywiesić w oknie chorągwi, wystawiła kwiaty!
— A! i to niesłychanie zagraża rzeczpospolitéj!
— Zagraża więcéj niż myślisz, gdyby dozwolono zostało tak wywieszać wszędzie oznaki rojalislów, codzień by w ulicach były boje, a nam wojsk potrzeba na granicę. W ten sposób energija jednego człowieka, stoi załogą w Wersalu i zastępuje pół brygady wojska, którego nad Sambrą potrzeba. No! a teraz, zrozumiałeś?
— Coraz mniéj rozumiem mój stryju; — jeśli mi zechcesz więcéj tłumaczyć, nic rozumieć w końcu nie będę — mam moje pojęcia swobody ustalone, których nie zmienię. Niech ginie co chce, byle zostały zasady!
Jeśliśmy na to zburzyli Bastyllę, żeby potém nie mieć wolności posadzenia białego gwoździka, ha! to odbudujmy lepiéj Bastyllę i wybierzmy króla.
Strona:PL J Méry Andrzej Chenier.djvu/108
Wygląd
Ta strona została skorygowana.