Hrabia wstrzymał go ruchem nagłym, i wskazał mu po za sztachetami sąsiedni ogródek.
W cieniach nocnych blizkiéj ulicy, przesunęła się w téj chwili postać ludzka, któréj chód poważny przypominał mary o jakich prawią podania ludu. Pan de Pressy zbliżył się ku sztachetom, i oczyma począł śledzić zjawiska, które znikło zaraz w czarnych zaroślach drzew i ukazało się znowu na brzegu najciemniejszym małego ogródka.
— Walenty, rzekł hrabia po cichu — czy ty wierzysz w duchy i mary?
— Nie, panie hrabio, jestem majtek, a na okrętach duchów niema. Dla tego w nie wierzyć nie mogę.
— No! cóż myślisz, o tém cośmy widzieli w drugim ogródku?
— Myślę panie hrabio, że to sobie naturalna kobiéta.
— A mógłbyś ją nazwać?
— Zdaje się panie hrabio.
— Prawda że omylić się niepodobna?
— Tak, boć to pani hrabina, jak ja jestem Walentym.
— Ona! ona! w najciemniejszą noc, serce by moje przez oczy ją poznało.
I hrabia umilkł, śledząc wszystkie ruchy wdzięcznéj postaci.
W wigilją tego dnia trwogi, znajdujemy w jednéj z sal ratusza Wersalskiego, Klaudyusza Mouriez, rozmawiającego z młodym człowiekiem około dwudziestu-dwuletnim, którego twarz poważną napełnia wyraz głęboki i poczciwy.