— Jeśli pan hrabia pewny i ręczy, to naturalnie wierzyć muszę.
— Są tu pewne głosu odbicia w tym ogrodzie, które znam doskonale, rzekł hrabia: toż samo było w Trianon, bawiliśmy się tam często z królową i panią de Polignac. Mówiący po cichu, w nocy, przed sztachetami, słyszany był bardzo wyraźnie pod murami pałacu. Tu głos od sztachet tych idzie ulicą i odbija się od facyaty nagiéj domku, i dla tego słychać go dobrze, jeśli tam kto słucha. Mogę nawet zapewnić żem nie tylko głos słyszał, ale wyrazy: marzenie czci mojéj... Rozumiesz; spodziewam się Walenty, że to mi się przyśnić nie mogło. Juściż drzewo niemogło gadać ze studnią o marzeniu czci swojéj, a wyrazy te z nieba nie padły.
— A! panie hrabio, rzekł Walenty kłaniając się — pan mi to tak wytłómaczysz, że...
— Że nareście nic nie zrozumiesz.
— Choroba to być może panie hrabio.
— Przybyliśmy tu na zasadzkę, dla bronienia hrabinéj w przypadku jakiéj napaści jakobińskiéj. Teraz rola moja zmienia się, będę musiał się może bronić od jakiego niewieściucha Żyrondyn’a, który we dnie propaguje umowę społeczną, a nocą sztukę kochania.
— Tu, pan hrabia pozwoli mi się zaprotestować. Juściż pani hrabina nie słuchała by lada adwokata Żirondynów.
— Doskonale wiém co mówię, Walenty, a mówię głośno co wiém, bo mnie słucha ukryty w tych krzakach człowiek zapewne odważny, wyjdzie z nich, i znajdzie szpadę gotową złożyć się z nim; mamy nawet gotowy grobowiec dla ukrycia trupa... tę studnię.
— Musi być głęboka, bo bardzo ciasna — rzekł Walenty zbliżając się.