Strona:PL JI Kraszewski Stara panna.djvu/30

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z wesołą twarzą wyszła naprzeciw gościa panna łowczanka, gdy jej dano znać, że faworyt rejent przyjechał. Spodziewała się też zobaczyć poczciwą twarz jego uśmiechniętą tak, jak zwykle bywała, gdy widok jej go rozpromieniał.
Tymczasem rejent wszedł sztywny, chmurny, za sępiony, nie swój, taki, jakim go nigdy jeszcze nie widziała...
— Jak się masz? cóż to tak posępny przybywasz?
Potarł nieborak włosy, pokręcił wąsa... W ciągu podróży i aż do tej chwili zdawało mu się, że nic łatwiejszego być nie może nad rozmowę z panną Stratoniką o przygodzie podczaszyca — dopiero teraz spostrzegł, że właściwie niewiedzieć z jakiej beczki było poczynać.
Panna, patrząc nań i na odpowiedź czekając, zrozumiała wraz, że rejent był zakłopotany i — nawet się domyśliła z jakiego powodu — ale, niewiasta z taktem wielkim, nie dała tego poznać po sobie.
— Zła droga? musiałeś się zmęczyć? — rzekła spokojnie — siadajże, spocznij, wiesz, że u mnie jesteś jak w domu.
— Całuję rączki — szepnął, przysiadając na brzeżku krzesła Odryga.
— Cóż tam słychać u was — spytała panna.
— A! tak dalece nic osobliwego — rzekł rejent. Podniósł oczy nieśmiało.
— Był podczaszyc u acani dobrodziejki? — spytał.
— A — był — odezwała się łowczanka — był, no — i o mało się nie oświadczył.
Tu zatrzymała się nieco, jakby nie chciała dokończyć. Usta jej uśmiechały się szydersko. Rejent ręce załamał.
— Moja mościa dobrodziejko — zawołał — tu o mój honor idzie, muszę się więc wyspowiadać. Bodaj, czy nie zgrzeszyłem długim językiem. Gdym był ostatnią razą, samaś mi pani oświadczyła, że radabyś, aby się podczaszyc zdeklarował. Widziałem w tem wolę jej i dałem mu do zrozumienia, że powinien nie zwlekać...
— Bardzoś dobrze uczynił — dodała łowczanka.
— Ale fatalny skutek wypadł... przerwał rejent... bo podczaszyc pono dostał harbuza.
— Albożem ja ci mówiła, że go będę akceptowała? co? — odparła łowczanka — Nudził mnie strasznie amorami swojemi, dlategom właśnie chciała, by się oświadczył rychło, aby się go coprędzej pozbyć.
Odryga ręce załamał.
— A ja myślałem! — krzyknął.
— Cóż to asandziej sądził, że ja tego poliszynela wezmę za męża, dlatego, że ma imie głośne i kolligacje!! Wstydź że się, rejencie, znasz mnie chyba mało, jeżliś to mógł przypuścić.
Oniemiał Odryga.
— Więc dostał harbuza? — zapytał, wychodząc z osłupienia.
— No — a gdyby? to co? — spytała łowczanka.
— Ale, ja — po głupiemu zaręczyłem mu niemal za sukces — rzekł rejent — i — prawdą a Bogiem, on — on — jakby to powiedzieć, chcąc mi się wywdzięczyć — zmusił mnie przyjąć od siebie łoszaka i kilka oberżniętych dukatów...
Panna Stratonika na głos się śmiać zaczęła.
— Patrzajcież tego niepoczciwego — odezwała się wesoło — chciał mnie sprzedać podczaszycowi.
Rejent się żachnął.
— Na rany Chrystusowe — zawołał — co asińdzka przypuszczasz! Ja się tem gryzłem w duszy i opłakiwałem to postanowienie — ale, mając wyraźnie objawioną wolę jej, cóżem miał począć!! Myślałem, że asińdzka w tem widzisz szczęście, któremu ja kontradykować prawa nie miałem...
Dziś mi nie pozostaje nic, tylko odesłać łoszę i te obrzezańce podczaszycowi, bo ich zatrzymać nie mogę — zamruczał.
— Jest w tem wina moja, przerwała łowczanka... Powinnam się była jaśniej wytłomaczyć i nie pozostawiać waćpana w wątpliwości. — Nie zgrzeszyłeś wiele, a ja podczaszycowi stratę wynagrodzę.
— Nie — to nie wypada — odparł rejent. Zresztą, niech go tam licho bierze, gdy panna łowczanka jesteś wolną i aprehensja ta o jej szczęście spadła mi z bark!!
Tu, przybliżywszy się, pocałował ją w rękę.
— Nie, nie — rzekł — asińdzka nie byłaś winną, ale ja byłem głupi, bo jakżem mógł przypuścić, aby osoba tak światła, rozumna i wysokiego umysłu, miała sobie na dożywotniego towarzysza taką kukłę wybierać? — Prawdę mówiąc, oprócz nazwiska nic za sobą nie ma — ale to — nic!!