Strona:PL JI Kraszewski Stara panna.djvu/3

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


niezmierne obszary, miał w nich dworów do wyboru, prawie pańskich kilka, ale jak raz zamieszkał w niewielkim i niepokaźnym w Mazanówce, już się ztamtąd nie wynosił.
A choć dom był niepokaźny, za to dwór duży i, jak na dzierżawcę, nawet zanadto może ludny... Kapelana miewał zawsze, rezydentów kilku, młodzieży szlacheckiej dwóch, trzech, służby różnej głów z dziesiątek.
Bywało, zajedzie ktoś do niego, a podoba mu się, to mu powiada otwarcie — Nie masz co lepszego do roboty? a no, to sobie spocznij i Pana Boga chwal...
Do stołu zawsze siadało kilkanaście osób. Przyjęcie u niego było dostatnie, obfite, ale kusztyków żadnych, nigdy.
Na imieniny jego i jejmości nawet, podostatkiem dawano, a pijatyki nie dopuszczał.
— Żeby zaś dobrowolnie człowiek miał na bydlę się przerabiać — mówił — to i obraza Boga, co go na swe podobieństwo stworzył, jak w Piśmie stoi, i despekt własny...
Ruszano na to ramionami, lecz że wszyscy potrzebowali go, bo pieniądze miał, nie kontrował nikt.
A to trzeba było widzieć, jak temu jego sepecikowi, w którym trzymał dukaty, kłaniano się — i kto?
Tacy panowie, do których innemu, jak to mówią, bez kija nie było przystąpić — przyjeżdżali do Mazanówki, obejmowali go w pół, całowali, co słowo mówili: panie bracie... — jedli, chwalili, kłaniali się — że się za boki trzymać było trzeba. On to wszystko tak przyjmował jakby nic, ani nadto pokornie, ani zbyt dumnie, a co do pieniędzy miał taką metodę, że ich bez dobrego bezpieczeństwa nie dał nigdy.
— To moja krwawica — powiadał — marnować się nie godzi, co się w pocie czoła zebrało... i bez grzechu...
Czasem, jak go kto naparł, a o niewiele szło — wprost mówił:
— Chcesz acindziej to mu dam, ale co to mówić o pożyczce, kiedy oddać nie ma z czego?
Niejeden się pogniewał, klął, ale uderzywszy się w piersi, przeprosił potem. A on też rankoru nie miał...
Był ten zwyczaj w Mazanówce, że na różne święta ludzi się kupa zjeżdżała i bawiono się wesoło. Nie był od tego. Posyłał po żydowską muzykę do Brześcia, albo po dominikańską i tańcowano, czasem parę dni i tyleż nocy. Jadło było niewykwintne ale zdrowe i smaczne, wino wystałe. Nie rozlewano go zbytnio, ale co dla konkokcji i dla rezonu było potrzeba — na tem nigdy nie zbywało.
Na Boże Narodzenie, na Nowy Rok, w mięsopust, na Wielkanoc, na Zielone Święta, na imieniny, ludzi zawsze było huk. Spodziewano się ich; śpiżarnia, kuchnia i piwnica zawsze były zaopatrzone.
Bawiła wówczas już od lat sześciu w Mazanówce przy samej pani, panna dziwnego imienia, bo ją mianowano Stratoniką, a po nazwisku Białozielską. Czy było między nią a panią samą jakie pokrewieństwo, nie wiedziano, ale w domu obchodzono się z nią jakby do rodziny należała...
Lat temu sześć przyjechała z jakimś listem i została tu. Razem z panią zajmowała się gospodarstwem, gośćmi, domem i nie można powiedzieć, aby darmo chleb jadła. Ale jej nie lubiono. Miała w sobie coś ostrego, szorstkiego, jak te osoby, co wiele w życiu ucierpiawszy, zapomnieć tego nie mogą.
Nikt wieku panny Stratoniki nie wiedział, mogła praeter propter mieć coś blisko jezusowych latek, ale staro nie wyglądała. Nie była ani piękną, ani brzydką, lecz gdy się nie marszczyła i nie chmurzyła, co się jej często trafiało, twarz miała wcale przyjemną, cerę świeżą, oczy duże i ładne, a figurze też jej nic zarzucić nie było można.
Tylko że była jakaś odpychająca, chłodna, kwaśna czasem, nie podobała się nikomu. We dworze więcej się jej obawiano niż lubiono, o co niewiele pono pannie chodziło. Podkomorzy zaś był zawsze dla niej z rewerencją wielką, ona sama jakby z siostrą. Dlatego nikt nie śmiał ani pisnąć.
Z gości też, których tu tylu bywało, żeby który się do niej posunął. Do tańca ją brali, bo bardzo pięknie tańczyła, rozmawiał czasem ten i ów dłużej, chwalił niejeden, ale się umizgać do niej nie pomyślał nikt.
Jak ktoś bąknął na nią: stara panna, tak przydomek ten przylgnął do niej i została z nim...
We dworze, choć z cicha, nie zwali ją inaczej, jak — stara panna.
Było to wielką niesprawiedliwością, bo lat jej nikt nie wiedział, a niejedna młoda nie wyglądała tak świeżo. Zdaje się, że ona, choć niby ignorowała to przezwisko, musiała o niem wiedzieć i przykre jej było. Czasem ktoś cichuteńko szepnął je — odwróciła się zaraz, jak gdyby zanotować chciała i zapamiętać sobie...
W stroju panna Stratonika miała taki sposób jakiś, że się nie fiokowała bardzo nigdy, nie przybierała się wytwornie nawet na święta, ale i w powszedni dzień ubrana była zawsze schludnie i do twarzy. A tak opięto, czyściuchno, ładnie około niej było, tak to leżało jak ulane, że aż miło.
I tej to, przezwanej starą panną, wiek ani ząbków białych nie pokruszył, ani ciemnych jej włosów nie przerzedził, ani postawy nie popsuł, ani rumieńca nie starł... A mimo to — już przezwisko jak raz dano, tak go odjąć nikt nie mógł. I, jak się na świecie często dzieje, powiedzą na człowieka łotr, przez tego łotra patrzą potem na jego wszystkie uczynki; nazwą kogo filutem, będzie prostak Bogu ducha winien, już z niego lisa tego nie zdejmiesz, tak i z tej starej panny ani było sposobu zmazać starego panieństwa.
Nie wątpił też nikt, że nigdy za mąż nie pójdzie, bo to tak jest jak dekret ferowany na kobietę, gdy powiedzą — stara panna.