Strona:PL JI Kraszewski Słomiana wdowa.djvu/2

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

Przysięgliśmy, uroczyście w obliczu niebios przysięgliśmy sobie, że będziemy czekali na siebie, choćby do siwego włosa!.. Rozumiesz mnie! Myśmy przysięgli!
SĘDZIA. Rozumiem, około lat dwudziestu zawsze się przysięga...
KAPITAN (ciągnąc daléj). Stryj Adeli nie chciał mnie, znajdował ubogim. Nie miałem naówczas nic. Zamieniliśmy pierścionki, przysięgliśmy w obliczu nieba... poszedłem służyć wojskowo... Jam święcie dotrzymywał téj przysięgi — nie pomyślałem o innéj, okiem nie rzuciłem na kobiétę, nosiłem obraz jéj w sercu... A ona! ona!
SĘDZIA (trochę niecierpliwie). Słuchaj­‑że mnie nawzajem. Nie bądź... już nie powiem kim... Dziesięć lat, nie dając znać o sobie, kazałeś jej czekać!.. Stryj zmarł, ona została sama jedna na świecie, bez opieki. Biedna kobiéta mogła nareszcie sądzić, że alboś o niéj zapomniał, lub że cię na świecie nie ma.
KAPITAN (gwałtownie). Sądzić, żem ja zapomniał, żem się sprzeniewierzył!.. Toby było obelgą niedarowaną... Gdybym umarł, po śmierci by się jéj mój duch objawił!.. Wszystko to są pospolite, prozaiczne tłumaczenia... a w istocie — cóż chcesz? Wiesz, co Szekszpir mówi w Hamlecie... Ułomność jest imię twoje! — co Mickiewicz mówi w Dziadach... Kobieto! puchu marny, ty wietrzna istoto! — Ona kochała po kobiecemu, a ja — po męzku!
SĘDZIA. Daj pokój, niecierpliwisz mnie! Jeżeli tak ją osądziłeś, pocóżeś zajechawszy do mnie do Wulki, kazał się tu wieźć i prowadzić! Zapomnij i — kwita!
KAPITAN. Chciałem zapomnieć — nie mogę! Stary, głupi, przywlokłem się tu, aby te miejsca uświęcone miłością zobaczyć raz jeszcze, aby mi od wspomnień uderzyło serce zbolałe... abym się upił goryczą, piołunem, żółcią... Albo ja wiem... szalony.... po tom tu przyszedł, aby mi się głowa jeszcze bardziéj zawróciła, abym był nieszczęśliwszy jeszcze — (po chwili.) Jak myślisz... czy ona zobaczywszy, poznałaby mnie jeszcze?..
SĘDZIA (zdziwiony). Jakto? więc myślisz się jéj prezentować?
KAPITAN. Ja! a! broń mnie Boże! nigdy w świecie! uciekłbym... Ale, gdyby... jakimś wypadkiem...
SĘDZIĄ. Prawdziwie — to trudno odgadnąć... Ale — cóż tu myślisz robić?
KAPITAN (ściskając jego ręce). Na chwilę mnie tu zostaw samego... na chwilę. Przejdę się po ogrodzie... pod płotami... jak żak, jak żebrak, jak postrzelony półgłówek. Nie śmiéj się ze mnie... Może kogo z domowych spotkam... znajdę jakiś pretekst..: wypytam o nią.
SĘDZIA (ramionami ruszając.) Bzdurstwa! Szczerze żal mi cię.
KAPITAN (zatrzymuje go). Wiesz ty, kto był jéj mężem? Co to był za człowiek... Czy ona go kochała? Proszęż cię... jużcić mogę mieć ciekawość, wolno mi spytać, kto był tym szczęśliwym...
SĘDZIA. Ale ja ci po stokroć już powtarzałem i raz jeszcze mówię, że nie wiem nic, nie znałem go. Słuchaj po raz setny pierwszy.
KAPITAN (ściskając go). Mój drogi przyjacielu, nie gniewaj się na mnie... ja tak jestem nieszczęśliwy...
SĘDZIA. Ale mnie cię z duszy żal! Po śmierci stryja Adela została samą... rozumiesz, co to jest młodéj jeszcze pannie, tak pozostać. Wzięła do siebie jakąś kuzynkę daleką, wdowę. Rok czy dwa, choć się jéj trafiało mnóstwo ludzi w konkury, no — Zdzisław — Kazio — i major... wszystkich odprawiła z kwitkiem. Potém dowiedziałem się, że wyjechała do Warszawy. Najbliższy sąsiąd, stary przyjaciel, często się o powrót jéj dopytywałem, ale długo nie było i nie było... Raptem rozeszła się wieść, że panna Aniela wychodzi, że wyszła za mąż. Za kogo? wszyscyśmy byli ciekawi. Jakiś  Żylski... Kto? zkąd? ani dopytać. Dosyć, że obywatel jakiś, bene natus et possesionatus... Ale nawet młody czy stary... niepodobna się było dowiedzieć. Nikt go nie znał i nie widział. W pół roku potém, gdy my się ich tu na wsi spodziewamy — paf! — słyszymy! owdowiała. Umarł podobno z tyfusu. Wróciła po nim w grubéj żałobie.
KAPITAN. W grubéj żałobie!.. Widać, że go kochała!...
SĘDZIA. Był jéj mężem przecie.
KAPITAN. Widać, że za niego z miłości poszła!
SĘDZIA (spokojnie). Nie wiem, ale żeby z nienawiści, wątpię.
KAPITAN. I więcéj nie wiesz nic?
SĘDZIA. Nic a nic... a nic.
KAPITAN. Przecież o tym tajemniczym Żylskim ktoś coś opowiadać musiał, kto był i jak wyglądał — w jakim wieku?
SĘDZIA. Któż miał opowiadać? Nam ją badać nie wypadało, ani jéj przypominać nieszczęścia. Wyjechała sama jedna z kuzynką, bo nawet bez sługi, i wróciła sama.
KAPITAN. Bywając u niéj, mogliście się przecie zapytać — posłyszeć, schwytać jakąś wzmiankę.
SĘDZIA. Przyznam ci się, że przez litość nad nią, nigdy nie wszczynałem o tém rozmowy, a ona nigdy mi o mężu ani wspomniała.
KAPITAN. Dowód najlepszy, jak czuje dotąd swą stratę! (chodzi niespokojny.)
SĘDZIA (chwytając go wpół). Wiesz co, mój drogi. Oto widziałeś już dwór, pokłoniłeś się pamiątkom, napiłeś wspomnień... rozgorączkowałeś dostatecznie, aby parę dni stękać. Po co się tu masz dłużéj wałęsać? Chodź, siadajmy na bryczkę i powracajmy do Wulki, do mnie. Dosyć tego...
KAPITAN. Zaklinam cię! zmiłuj się — drogi mój, zostaw mnie tu samego z myślami, z bolem... z sobą... kwadrans, pół godziny... Ja tu już więcéj nie wrócę... Oddal się, spocznij, ja tylko pochodzę... wracam...
SBDZIA. Napróżno się draźnisz sam.
KAPITAN. Uczyń to dla mnie! Na chwilę wśliznę się do ogrodu... wracam zaraz...

(Sędzia odchodzi powoli. Kapitan zagląda, zbliżając się do furtki, która prowadzi do ogrodu. Tymczasem ze drzwi dworu ukazuje się ochmistrzyni Rabska, staje w ganku i woła:)

OCHMISTRZYNI. Zośka! Zośka! A gdziez się znów to utrapienie podziało! Gdzieś już na szepty z chłopcami! Skaranie Boże! nie upilnować tych dziewcząt!.. Zośka!
SĘDZIA. Otóż masz! Jak mnie pozna... nie wiedzieć co mówić i jak się wykłamać. Co ja jéj powiem... Zostań­‑że... ale.... (kryje się w krzaki.)
KAPITAN (stojąc za klombem, zagląda ciekawie ku dworowi. Wtém Zośka wbiega, napada na niego, spostrzega i woła przestraszona.)
ZOŚKA. Jezus! Marya! a! a! (ucieka).
OCHMISTRZYNI (z ganku). Co ci się stało?.. czego żeś tak wrzasnęła! Jeszcze panią nastraszysz. A to... z temi dziewczętami, powiadam, utrapienie. Cóż tam? żaba czy pająk?
ZOŚKA (zadyszana ze strachem). Jakiś obcy człowiek... mężczyzna!

OCHMISTRZYNI. Śni ci się! Mężczyzna! gdzie? co? waryatka?

(Podchodzi ku krzakom i spostrzega zadumanego kapitana, który skryć się usiłuje. Zobaczywszy go Rabska, dyga zakłopotana — Kapitan kłania się — jakiś czas trwa milczenie. Rabska poprawia czepek, kapitan niespokojnie się kręci.)

OCHMISTRZYNI (zbliżając się). Przepraszam pana... (na stronie głośno) — Jakiś słuszny człek... Pozwoli się pan dobrodziéj zapytać?