Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/5

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Święte słowa pani Sędzinéj — rzekł — ale na nieszczęście zapomnieliśmy, pozbyliśmy się téj miłości ziemi własnéj dla doktryn wieku fałszywych, dla używania i dla frymarków. Dadzą komu za ojcowiznę sto tysięcy więcéj, niż ją cenił, pozbędzie się dla głupiego grosza, który najczęściéj potém zmarnuje. O! — westchnął — ta auri sacra fames, co ona nam szkód wyrządziła, począwszy od pana Prota! Zdaje się to wielkim rozumem robić pieniądze, aby potém szastać niemi lub błyszczeć; tymczasem bogactwa największe szczęścia ani pojedynczym ludziom, ani narodom nie dają, jeżeli znaczenie ich i pożytkowanie z nich jest fałszywie pojęte. Demoralizują najczęściej najprzód tych, w czyich są rękach, potém budzą w ubogich zazdrość, niechęć, nienawiść ku cielcom złoconym. Tylko w rękach chrześcijanina, wedle słowa Bożego, pieniądz owoce daje dobre. Aleśmy zboczyli z drogi — dokończył ksiądz Piszczała.
— Na bardzo przyjemną boczną ścieżkę — rozśmiała się Sędzina.
Zamarski, który nic nie rozumiał, uśmiechnął się też potakująco, a Proboszcz dodał:
— Mam w Bogu nadzieję, że się mój pan Maurycy godnie pokaże.
Sędzina, która stała zadumana, usta tylko krzywiąc i brwi marszcząc, nagle wybuchnęła:
— Ale, zmiłuj się, mój ojcze! czyż to może być, abyśmy pozwolili temu Gryżdzie wpośród nas się rozsiadać z tą córunią na łupieży, zająć miejsce w poczciwém obywatelstwie i...
— A cóż my na to poradzim! — zawołał Proboszcz, ręce łamiąc.
— To mi się podoba! — bijąc nogą w podłogę, krzykliwie odparła Sędzina — to mi się podoba! Gromada wielki człowiek, gdy się skupi i wie czego chce. Weźmy się wszyscy za ręce, a tego łajdaka między siebie nie puścimy.
— Jakim sposobem? — zapytał rozważnie i chłodno Proboszcz.
— Jest na to tysiąc sposobów! — zawołała Sędzina — można mu życie tak nieznośnym uczynić, że nie wytrwa.
Ksiądz Piszczała głową potrząsał. Sędzina odwróciła się ku Zamarskiemu, jak generał do adjutanta. Szlachcie zawczasu jéj potakiwać był gotów.
— Wykurzym go, razem z córunią — dodał — ja w tem. Dyabła zje...
— Dajże pokój z dyablami — rozśmiał się Proboszcz. — Cóż mu zrobicie? co? Ja go znam. Nie zechcecie z nim żyć, on o to nie dba; będziecie się urągać z niego, on to z najzimniejszą krwią znosi. Na pojedynek wyzwać się nie da; obity kijami, wysmaruje się i wyleczy. O ludzi mu nie idzie, o dobre imię nie dba. Cóż mu zrobicie?
— Ale, mój ojczulku — przerwała Sędzina — nie może być, aby w sobie coś ludzkiego nie miał, znajdziemy słabą stronę; a ja ją naprzód już widzę w téj córce, którą kocha...
Proboszcz zamilkł i zadumał się, a potem westchnął.
— Sędzino dobrodziejko — rzekł, zwracając się ku niéj — zmiłuj się, tylko nie za rzeźko, nie za szparko, nic za gwałtownie, bo to się na nic nie zda. Powtarzam: co mu zrobicie? Dobrze czy źle zdobyte, ale pewnie prawnie ubezpieczone, ma wierzytelności na majątku Sołomereckich, nie wyrzecze się ich przecież. Całém życiem i sumieniem na nie pracował. My dóbr tych dla pana Maurycego odkupić nie mamy za co.
Poruszył ramionami.
Sędzina nóżką tupnęła.
— Stoję przy swojem! — rzekła — my tu Gryżdy nie chcemy.
— Wykurzym go! — powtórzył adjutant Zamarski.
Tymczasem Proboszcz, milczący, wzdychając, wstał z krzesła i szukał oczyma kapelusza, chcąc odjechać.
— Nie mam wyobrażenia — dodał — jak rychło tu z Belgii syn może przyjechać. Radbym bardzo widziéć go zaraz i zapobiedz jakiemu fałszywemu krokowi z jego strony, chociaż się go nie spodziewam.
Gospodyni zbliżyła się do Proboszcza.
— Mój ojcze — rzekła po cichu — jeżeli go pochwycisz, przyślij go do mnie. Okrutną mam ochotę stanąć na czele spisku przeciwko temu infamisowi. Będę radzić, pomogę, znajdą się drudzy, wyratować możemy młodego Solomereckiego. Proszę cię, ojcze, kiedy nieboszczyk, trwoniąc, mógł się tak długo utrzymać przy obciążonéj majętności, dla czegóż by syn, pracując...
Milczał ksiądz Piszczała, jakoś tęskno w myślach zatopiony.
— Zdaje mi się — dodał w końcu — że mój pan Maurycy tego ciężaru majątku i ciężaru łask przyjąć nie zechce, ho, przyznam się pani, że i taka pomoc wspaniałomyślna, to brzemię...
— Ale! co znowu!! — burknęła Sędzina — to rzecz tak naturalna, że gdyby ludzie zrozumieli obowiązek, nigdy-by nikomu z naszych upaść nie pozwolili. Źle się rządzi kto, wziąć go gałgana w kuratelę! trwoni — związać mu ręce, srom wywołać; a pada niewinnie, wszyscy za jednego i nie dać ginąć. To rozumiem!!
Ksiądz w rękę ją całował, już trzymając kapelusz do odjazdu.
— Tak, ty to, dobrodziejko moja, rozumiesz, prawda! ale powiedz mi, kto więcéj?
— Ja!! ja! — huknął Zamarski, bijąc się po piersi dłonią szeroką.
Wszyscy, spojrzawszy nań, rozsmieli się.
— Czegóż bo się państwo śmiejecie? — odparł bardzo poważnie. — Żem ubogi? ha! ale zawadyaka jestem słowem i dłonią i, jeśli nie dam pieniędzy, to dam dokukę na usługi dobréj sprawie, a i to coś warto!
— Ale i ty sam — rzekł Proboszcz, ściskając go — ty sam, słowo ci daję, wart jesteś wiele i więcéj niż ci, co się noszą i czwanią. Tylko i waszeć, i Sędzina, nie gorąecujcie się, proszę, proszę.
Gospodyni, nie zważając na to, co Proboszcz mówił, pogrążyła się w myślach. Pożegnał się i odjechał ksiądz Piszczała, a Zamarski, choć także się brał do czapki, przyczekiwał jeszcze, czy mu nie da jakich rozkazów Sędzina.
Tym razem jednak, czy wziąwszy do serca radę Proboszcza, czy sama uznawszy potrzebę głębszego zastanowienia się nad położeniem i zamierzonem wmieszaniem się w sprawę cudzą, pani Brodzka nie wydała żadnego rozkazu adjutantowi. Rzekła mu tylko na odjezdnem:
— Proszę cię, jedź, rozsłuchaj się, rozpatrz, nazbieraj plotek i przywieź je mnie. Śmierć Sołomereckiego niewątpliwie poruszy i zajmie wszystkich; trzeba wiedziéć przed wojną, na kogo, jako na sprzymierzeńca, rachować możemy, komu, jako nieprzyjacielowi, nie wierzyć.
— Jak Boga kocham! niech mnie jasne bija pioruny! — zawołał Zamarski — jeżeli ten, jak go pani słusznie nazwala, infamis, na kogokolwiek bądź u nas rachować może. Niema jednego... niema żywéj duszy, co-by go nie znała i nie gardziła nim.
Sędzina z politowaniem spojrzała na wyrokującego szlachcica.
— Mój Zamarski — rzekła — najpoczciwszy człowiek z ciebie, ale ty ludzi nie znasz wcale. Dopóki Gryżda był sobie małym człeczkiem i nie wydawał się z tém, co ma, szczuli wszyscy przeciwko niemu, teraz się to odmieni. Do córki znajdą się pretendenci, do wytłómaczenia świństw, które popełnił, obrońcy usłużni. Metamorfoza trutnia tego wiele innych nam gotuje. Zobaczysz! Jedź tylko, nastaw uszy, a wiernie mi donoś, co się święci.
Przeszła się Sędzina po pokoju, palcem się bijąc w czoło.
— Na święty Ignacy — rzekła po namyśle — u mnie zawsze zjazd bywa, jak wiesz, bom zwykła obchodzić imieniny tego naszego przezacnego Proboszcza, księdza Piszczały. Otóż i togo roku nie chybię. Zaprosimy... zapraszaj zawczasu! Tak będzie najlepiej!! — dodała. — Czasu jest dosyć, aby się wszystko wyklarowało. Maurycy przyjedzie, infamis się do reszty zdemaskuje... naradzimy się przy kieliszkach, które zawsze do szlachetnych myśli podbudzają, jeśli się ich nie nadużyje.
Zamarski śmiał się, w rękę całując gosposię. Zapewnił ją, że spełni rozkazy, siadł na bryczkę i huknął na woźnicę:
— Nie do domu! do miasta!!
Krępe, małe, okrągłe koniki ruszyły z kopyta i w tumanie kurzu zniknął szlachcic, a jejmość szła gderać na swe wychowanice, bo okrutnie gderała.

II.

Śmierć starego Sołomereckiego, którego żywot wcale budującym nie był, w istocie żywo odczuło sąsiedztwo. Wiele mu miano do zarzucenia, a szczególniéj to, że piękne, spadkowe po przodkach włości, wziąwszy je wprawdzie obdłużonemi, zamiast oczyszczać i próbować ocalić, zmarnował w sposób najlekkomyślniejszy.
Stary książę Leon odebrał, z łaski matki swéj, z domu księżniczki Równéj, wychowanie odpowiednie imieniu, jakie nosił, ale powierzchownie świetne tylko, pod którém pozostał człowiek lekkomyślny i na żywot płochy skazany. Poważniejszego w nim żywiołu brakło; rachował na los, na szczęście, nigdy na siebie; ofiary żadnéj ani dla imienia, ani dla przyszłości dziecięcia, które kochał, uczynić nie umiał. Spuszczał się na Opatrzność, która potomkiem wielkiéj rodziny opiekować się była powinna. Namiętny, zmysłowy, w żądzach i fantazyach niepohamowany, odmówić sobie nie umiał niczego. Żonaty bardzo krótko, owdowiawszy nie powtórzył już ślubów, gdyż nadto go znano z prowadzenia się bezładnego, aby kobieta z lepszego domu odważyła się z nim los swój połączyć. Intryg mnóztwo plątało się około tego niegdyś bardzo pięknego księcia jegomości. W początkach sięgały one lepszego świata, choć nie najwybrańszych jego części; zeszły potém zwolna, coraz spadając ze szczebla na szczebel, aż do tych sfer, do których się już nie przyznaje człowiek, co się cokolwiek szanuje.
Co się działo około niego, na dworze, w okolicy, opisać się nie daje. Życia tego zabrukanego, a nadto jawnego, ani się wyrzec nie mogąc, ani chcąc w nie syna wtajemniczać, bo się go wstydził, Sołomerecki wyłożył sobie, iż należało go wysłać na wychowanie do Belgii i, raz go tam umieściwszy, pod różnemi pozorami zatrzymywał.
Skorzystał z tego wiele Maurycy. Natura dała mu zupełnie odmienny od ojcowskiego charakter; początkowe wychowanie winien był bardzo zacnéj kobiecie, dalekiéj krewnéj domu; potém trafił szczęśliwie na dobrych i poczciwych nauczycieli. Opatrzność w istocie zaopiekowała się potomkiem wielkiego rodu, nie dając mu zginąć, bo, opuszczony tak i rzucony w świat, równie na złą, jak na dobrą drogę mógł trafić.
Lecz raz obrawszy kierunek, Maurycy już się zbić z niego nie dał.
Młody, piękny, zdolny, musiał zwyciężyć pokus wiele, przewalczyć z sobą i światem niemało walk, nim się stał tém, czém był.
Pochwały, jakieśmy słyszeli z ust Proboszcza, wcale nie były przesadzone. Wszyscy, co znali księcia Maurycego, który stale tytułu tego nosić nie chciał, z największym byli szacunkiem dla niego. Wielu w nim widziało ideał młodzieńca, choć on sam wcale się za niego sprzedawać nie myślał. Powierzchowność miał bardzo skromną, zarozumiałości żadnéj.
Wolą ojca było, aby syn odebrał wychowanie paniczykowskie, to jest ogładę, po trosze wszystkiego, przysposobienie do życia w świecie wielkim, żadnéj specyalności, nic do praktycznego zastosowania nadającego się.