Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Tak z liczby zaproszonych, koniec końcem, mało kto się uchylił. Wszelkiego rodzaju sofizmatami się posługiwano, piérwsze gorące wrażenia ostygły.
W Dubińcach za poradą Radzcy niczego nie żałowano, aby przyjęcie było prawdziwie pańskie, to jest rozrzutne i kosztowne, bo charakteru pańskiego z innych względów miéć nie mogło.
Ludzie powkładali nowiuteńką liberyą, zastawy stołowe po raz pierwszy występowały, bielizna od Proklesa z Drezna, srebra z Warszawy, wina z najsławniejszych piwnic i najulubieńszych firm europejskich. Wyborem ich kierował Radzca, który się znał dobrze na winach. Staraniem jego, dziesiątek butelek węgrzyna po sto złotych nadesłano do Dubiniec.
Z rana, gdy się to wszystko na dole ustawiało, przyjęty za kamerdynera i dyrygującego, służący, pan Kantorski, który się zapoznał z Symeonem i miał dla niego wysoki szacunek, nie dowierzając sam sobie, uprosił go, aby na przygotowania rzucił okiem znawcy.
— Mój Kantorski — rzekł, patrząc z góry na stoły — wszystko to świeci się i drogie jest, ale widać że to są rzeczy, które piérwszy lepszy może nabyć za pieniądze... Żebyś widział, jak to tu dawniéj było! aby panem być i nim się wydawać, trzeba miéć parę set lat za sobą, a to wszystko — to kram!
Pomimo wzgardy, Symeon parę rad zdrowych udzielił Kantorskiemu co do porządku sakramentalnego, w jakim wina się podawać były powinny, poncz zamrożony i t. p.
Przejrzał spis potraw i skrzywił się.
— Bankierski obiad, ale ani pański, ani smakoszowski — westchnął. — To trzeba było słuchać, gdy nieboszczyk ks. Leon, zawoławszy pana Francois, z nim dyskutował o obiedzie, co to była za umiejętność skomponowania go tak, aby się ludzie poobjadali, nie czując tego, i palce sobie oblizywali. Mogli potém chorować, ale, wstając od stołu, każdy był tak lekki i wesół! Wasz obiad będzie trywialnym — skonkludował.
Skrytykowawszy umeblowanie ostrzéj jeszcze, pan Symeon z powagą mentora cofnął się do swojego dworku, smutny wspomnieniem dawnych czasów, które żywo sercem jego poruszyły.
— Gdyby ks. Leon zobaczył tę profanacyą — mówił w duchu — umarł-by z oburzenia.
Proroctwo Radzcy Bolka ziściło się i wielkie mu zaufanie wyrobiło u Gryżdy; goście, z małemi wyjątkami, stawili się na wezwanie. Gryżda, który na ten dzień włożył frak nowy, podobien był do — lokaja.
Ale wpatrzywszy się w tę twarz, na pozór nie wyrazistą, można było w niéj wyczytać i siłę woli, i hart, i rozum niepowszedni, — wszystko to w brzydkiéj łupinie zaledwie było widoczném. Nie okazywał wcale radości z napół już odniesionego zwycięstwa; bolała go niebytność córki, a w dodatku ofiary pieniężne, stosunkowo do osiągniętych rezultatów — ogromne.
Piérwsi nadjechali Pałczyńscy, gdyż i Ernest nie wahał się ojcu towarzyszyć; tych Gryżda przyjął z należytém im lekceważeniem. Ojciec i syn poszli po pałacyku, oglądać wszystkie jego zakątki.
Za nimi owe cztery wronki Bezdonowa przyniosły do ganku jego i Dziekana. Kniaź miał swą minę pańską i pogardliwą, ksiądz bardzo smutną, nie krył się z tém, że widok Dubiniec pod tą nową postacią był dla niego bolesnym. Najmniejszéj téż nie okazał ciekawości oglądania — i siadł w saloniku zadumany.
Bezdonow przeciwnie, prawie nie przysiadłszy, poszedł oglądać wszystko, nielitościwie krytykując.
— Kto ci to urządzał i doradzał — mówił śmiejąc się — dałbym mu sto batów.
Ruszał ramionami i zżymał się; Gryżda burzył się i czerwienił. Przybycie Radzcy Bolka i poznajomienie się jego z Bezdonowem przerwało ten przegląd, który gospodarza wprawił w humor najokropniejszy; pocieszał się tém, że niechęć i zazdrość mówiły przez Bezdonowa.
Z kolei tak do dosyć spóźnionéj stosunkowo godziny doczekiwano z obiadem nowego przypływu, aż na ostatek Bezdonow zawołał rozkazująco:
— Ale kaź że dawać, bośmy głodni; a przyciągnie jeszcze kto, to mu zostawić łyżkę strawy.
Zasiedli tedy wszyscy, oprócz gospodarza, który apelytu nie miał, a chciał być uprzejmym i szczególniéj dopilnować kieliszków gości — na dobre wino, jako specyfik serca jednający, liczył ogromnie.
Kantorski mu tylko przeszkadzał, nie dozwalając w niczém złamać wyznaczonego przez Symeona następstwa i porządku.
Rozmowę głównie utrzymywali Radzca i Bezdonow. Dziekan mato jadł i mówił mało; to, co go otaczało, ta uczta na cmentarzu przeszłości, skalanym wprawdzie lekkomyślnością, ale budzącym wspomnień tysiące — jemu się wydawała stypą.
Gryżda chodził posępny, milczący, niemal upokorzony; tryumf swój wyobrażał sobie inaczéj.
Żadna zresztą niezręczność ni omyłka nic popsuła obiadu, który mniéj trudnym podniebieniom wyśmienicie smakował. Bezdonow, znawca niepospolity, kucharza uznał wcale znośnym kopcidymem, Radzca chwalił.
Gdy ponalewano kieliszki winem szampańskiem, nadeszła chwila drażliwa, w któréj nieodzownie należało wnieść zdrowie gospodarza. Kto się tego miał podjąć — nie było zgody; wszyscy, szepcąc po cichu, składali jedni na drugich: Radzca wskazywał Pałczyńskiego, ten ustępował Radzcy, Dziekan, głową potrząsnąwszy, wprost odmówił, Bezdonow ani chciał słyszéć.
Po długich naradach, w końcu Bolk przyjął ten obowiązek na siebie. Wstał z powagą wielką, kielich pełny ujął jedną ręką, drugą założył za kamizelkę, odchrząknął i głosem urzędowego namaszczenia dosyć długą rozpoczął przemowę.
Wspomniał o tém naprzód, że sam tu jeszcze był człowiekiem nowym, potém o szacunku pracy wytrwałéj i o uprzedzeniach a przesądach, jakie u nas przeciwko niéj jeszcze pozostały. O Gryżdzie wyraził się z szacunkiem i zakończył życzeniem, aby mu się na nowéj sadybie, w pocie czoła zdobytéj, szczęściło. Gdy mówił, goście spoglądali na siebie dwuznacznie, gdy skończył, dosyć cicho zamruczano coś nakształt wiwatu. Gryżda stał z oczyma spuszczonemi, z kieliszkiem przechylonym — prosił o głos. Oczy mu się zaświeciły, w duszy zagrało po staremu.
— Pozwolą mi szanowni goście moi — odezwał się, zwolna glos podnosząc coraz do wyższego tonu — odpowiedzieć serdeczném podziękowaniem za cześć roi uczynioną. Nie łudzę się tą oznaką prostéj grzeczności, a wiem dobrze, iż więcéj mam dokoła nieprzyjaciół, niż chętnych i wyrozumiałych, wiem i to, że jestem obwiniony o ruinę tych, po których wziąłem majętność i ten dom, ja, człowiek nowy i powstały z niczego. Ruinie ja wcale winnym nie jestem; poczęła się ona przede mną, zapobiedz jej nie mogła żadna siła w świecie; korzystałem z niéj, to prawda. Do ofiar nie byłem obowiązany, wziąłem to, co spadało. Pomimo to, potępienie wisi nade mną — dla czego? tylko dla tego, że kłamać nie umiem. Gdybym się rozpadał nad niedolą i odegrał komedyą ratunku, byłbym czysty. W końcu proszę mi dozwolić życzeniem zamknąć, aby nieprzyjaciołom moim przyszło opamiętanie i rozum, a łaskawym aby się tak, jak mnie, szczęściło...
Z twarzy gospodarza, gdy to mówił, wcale jednak szczęścia tego widać nie było. Skrzywiony, napił się wina i pokłonił, goście usiedli. Natychmiast z wielkiém ożywieniem wniesiono zdrowie Dziekana, Bezdonowa, potem gospodarz Radzcy, naostatku i starego Pałczyńskiego, który w podziękowaniu, chcąc posmarować Gryżdę, niezręcznie go umalował tak, iż Bezdonow parsknął.
Obiad, rozciągnięty bardzo, trwał niepomiernie długo i znużył szczególnie ks. Piszczałę, który, nie doczekawszy końca, wysunął się do ogrodu.
Kawa, likwory, cygara szły zwykłym porządkiem i zatrzymały gości do wieczora. Dziekan i Bezdonow pierwsi się wymknęli napowrót do domu, reszta towarzystwa pozostała przy wznowionych kieliszkach starego wina.
Gryżda w czasie całego tego bankietu, którego szacunek miał w pamięci, chodził pogrążony w myślach, z miną upokorzoną.
Napróżno Pałczyński, widząc go tak chmurnym, po kilkakroć na bok odprowadzał, usiłując dowieść, że się wszystko powiodło nadzwyczaj szczęśliwie; szydersko uśmiechał się na to Gryżda.
Ostatni powóz zaturkotał nareszcie, gospodarz sam pozostał w ganku, tak pogrążony w sobie, iż kłótni w kredensie podchmielonych resztkami wina sług nie słyszał.
Wieczór był jesienny, wiatr smagał zimny od zachodu, niebo okrywały chmury szare, nie było na niém żadnej gwiazdy, tak jak w duszy biednego dorobkiewicza żadnéj nadziei. Stał u niby osiągniętego celu, daleko więcéj przygnębiony, nieszczęśliwszy, niż wówczas, gdy walkę ten o byt rozpoczynał.
Wspomnienia całego życia, od seminaryum począwszy, przeciągały nad nim, jak widma z grobu powstające. Naostatek blady cień córki stanął z uśmiechem na ustach a łzami na oczach.
Co daléj? — pytał sam siebie.
W tej chwili, która nie była zgryzotą sumienia, ale suchym obrachunkiem ofiar i zdobyczy, Gryżda zachwiał się niemal.
— Dla czego było nie kłamać, kiedy inaczéj, jak łgarstwem i fałszem, na święcie się nie można utrzymywać. Mamże się zawrócić i nawrócić dla nich, zachowując w duszy, co się z nią zrosło? Gardzą mną?... żeby wiedzieli, jak ja pogardzam nimi!
Zmarszczyło mu się czoło. — Co dalej? — Odpowiedź na to pozostała jego tajemnicą, lecz musiała być zaspokajającą i dodać mu otuchy, gdyż raźniéj, z podniesioném czołem, wszedł napowrót do pałacu, zawołał Kantorskiego, od którego czuć było wino stare, i nakazał mu wszystko pochować, co tylko się dawało użyć późniéj.
— Marnotrawstwa ja nie lubię — rzekł. — Gdzie trzeba wystąpić, to się nie żałuje, ale za okno wylewać — nie wolno. Proszę mi dopilnować.
Nazajutrz Sędzina miała szczegółowy raport od Fiszera, którego słuchała z nieukrywaną obrzydliwością. Przed Romaną nie mówiono nic o owéj uczcie i unikano w ogóle wspomnień o ojcu, które jéj były bolesnemi. W sąsiedztwie opis tego Lukullusowego przyjęcia, przesadzony, chodził z ust do ust.
Do nadania mu bajecznego tego piętna przyłożył się najbardziéj stary Pałczyński, w przekonania, że tém popiera sprawę Gryżdy. Podnosił też to, że Dziekan przecie nie odmówił przybycia, że przyjechał Bezdonow, Radzca i że obywatelstwo powinno było nareszcie sprawiedliwszém być względem Gryżdy, który nie zawinił więcéj nad innych, dorabiających się w pocie czoła i sumienia.
— To trudno — konkludował — ktoś ofiarą być musi; zjadamy jedni drugich... jest to prawo bytu.
Szkoda Sołomereckich, ale Gryżda też na coś się obywatelstwu przydać może; trzeba go tylko umieć zażyć.

Koniec Tomu Piérwszego.