Strona:PL JI Kraszewski Psiawiara.djvu/43

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Lecz siebie przy tém nie żałował: wszystko, co może dać praca i oko, składał w ofierze maleńkiemu gospodarstwu, które naprawdę opłacić nie mogło ofiary, jaką mu przynosił. Dodajmy na jego pochwałę, że, jak większa część wykształconych u nas ludzi, nie wzdragał się pracować na małém, nie wzgardzał tém, co mógł zrobić, czujac się powołanym do czegoś większego.
Widzimy u nas mnóztwo ludzi z tą zarozumiałością i dumą, spędzających życie bezczynnie, dla tego, iż im się zdaje, że do wyższych przeznaczeń dorośli. Wolą więc nie robić nic, niż to, co się nastręcza.
Sołomerecki zastosował się do położenia bez narzekań i żalów.
Domek w Zalesiu urządził się z pomocą Dubinieckich sprzętów nadzwyczaj wygodnie i ładnie. Symeon zajął się tém i nie wyjechał do Dubiniec, dopóki wszystkiego nie doprowadził do porządku. Młodego służkę, wychowanego przez siebie, przywiózł w dodatku Maurycemu.
Z Dubiniec na świat wiadomości przychodziły jak najsprzeczniejsze.
Wiedziano, że Gryżda córkę obciął odebrać z pomocą urzędową, któréj mu odmówiono. Rozmyślił się potém i wyrzekł się jéj znowu, Romana trwała w postanowieniu nie powrócenia, aż-by się ojciec dał skłonić do zmiany tego, czego stara skorupka już pozbyć się nie mogła.
Zerwanie z Pałczyńskimi, groźba młodego, mściwe usposobienie ex-Marszałka, prawie mu się wychylić za próg nie dozwalały.
Życie stało się nieznośném, zabójczém, w całém znaczeniu tego wyrazu.
Z tego położenia rozpaczliwego wyprowadził Gryżdę człowiek nowy, który świeżo nabył majętność dosyć znaczną o granicę.
Był to niegdyś obywatel, potém urzędnik, zajmujący wysokie stanowisko, który powracał na wieś, na spoczynek. Obcy zupełnie okolicy, nie znając nikogo, wypadkiem zabłądził do Gryżdy.
Pan Radzca Bolk, powierzchownością urzędową, na piérwszy rzut oka, zdradzał zawód, któremu winien był niezależność swoję.
Sztywny, zimny, ceremonialny, mówiący stylem i tonem zwierzchnika, grzeczny, w życiu pedantycznie obrachowujący się, Bolk był człowiekiem sześćdziesięcioletnim, wyglądającym nie więcéj nad pięćdziesiątkę.
Winien to był życiu regularnemu, umiarkowanemu, zegarkowemu, i temperamentowi, w którym nerwy podbite nigdy się nie buntowały.
Gryżda, gdy chciał, umiał być, jakim potrzebował.
Odwiedziny pana Radzcy przyjął z wielką wdzięcznością, uszanowaniem, nadskakiwaniem. Bolk potrzebował dowiedziéć się coś i rozpatrzeć; wyciągnął więc na opowiadanie, a Gryżda, mówiąc o wszystkich, nie mógł siebie pominąć.
Z goryczą odmalował mu położenie swoje, potępienie niesprawiedliwe, odsunięcie się wszystkich, prześladowanie.
Umiał temu nadać barwę taką, iż obudził współczucie.
— Nie trzeba ani brać do serca, ani się zbyt na ludzi oglądać. Urządź Waćpan swój pałacyk jak należy, zapowiedz, że przyjmujesz, sprowadź dolnego kucharza, opatrz piwnicę. Zobaczysz: zajrzy jeden, drugi, a potém wszystko się zatrze i zapomni. Ale, przed innemi rzeczami, dom trzeba na stopie odpowiedniéj postawić.
Ponieważ Bolk także u siebie rezydencyą musiał urządzać i wszystko do niéj sprowadzać, ofiarował pomoc swoję.
— W takiém położeniu, jak wasze — dodał, — uchowaj Boże oszczędzać. Sam powiadasz, że umiesz robić pieniądze, nie żałuj. Będzie kilkadziesiąt tysięcy kosztować, to się powróci.
Gryżda był gotów na wszystko, byle raz wybrnąć z téj toni. Stała się więc rzecz nie do wiary. Opowiadano w miasteczku, iż tysiącami sypał na obicia, meble, bronzy i zaopatrzenie domu. Ponieważ transporta szły przez miasteczko, kontrolowano je. Budziło się podziwianie i ciekawość gorączkowa.
Symeon, będący na miejscu, patrzący własnemi oczyma, rozpowiadał téż dziwy.
Tapicerowie, stolarze, marmury, przybywały z Warszawy, ogromne skrzynie zwoziły kredensy, szklą, porcelanę. Szyła się liberya dla służby. Powozów kilka już stało w wozowni, koni dostarczyli żydzi.
Wszystko to razem tak było nie podobne do Gryżdy, tak zadziwiające i budzące wątpliwość, na co było przeznaczoném, iż ledwie się ludzie powstrzymać mogli od wskoczenia do Dubiniec i powzięcia języka.
Radzca Bolk, który nie bywał nigdzie, tu jeździł często. Jego też ludzie byli ciekawi.
Pałczyński pierwszy, choć zerwał tak gwałtownie z Gryżda, zaczął myśléć o tém, jak-by się mógł znowu zbliżyć do niego. Wiedział, że pogróżki i impertynencye Gryżda przebaczy, byle sobie kupił pokój.
Bardzo zręcznie zapoznał się najprzód z panem Radzcą, a przez niego wyraził szczery żal z powodu zaszłego „nieporozumienia“, życząc, aby nastąpiło pojednanie.
Pan Zenon odpowiedział na to, iż bardzo chętnie rękę mu poda.
Zjechali się potém u Radzcy i zgoda szczęśliwie zawartą została. Pan Ernest za swą żywość nawet przeprosił.
Dla większego uspokojenia Gryżdy, szepnął mu Pałczyński, że panna Benigna wyjechała do familii.
Zaraz potém ex-Marszałek przybył do Dubiniec. W pałacu nie było jeszcze wszystko gotowém, poszli obejrzéć, gość został zachwycony.
Nie potrzebujemy mówić o tém, że ani Radzca Bolk, ani Gryżda nie miał smaku i umiejętności, potrzebnéj do urządzenia mieszkania.
Musieli się więc spuszczać na rzemieślników, dla których zawsze to najpiękniejsze, co najdroższe i najbardziéj bijące w oczy.
Salony owe Sołomereckich, którym czas nadał barwę stłumioną, cichą, do których stary sprzęt tak doskonale przypadał, świeciły teraz, błyszczały i krzyczały. Odzłocono wszystkie ozdoby, nagromadzono rzeczy jaskrawych; było to okropne, nowe jak z igły, pospolite, niesmaczne, ale w oczy bijące.
Pałczyński był zachwycony.
— Słowo daję, po książęcemu! — wołał. — Gdzie, co za podobieństwo do tego, co było za Sołomereckich! Niéma porównania. Ale krocie musiałeś na to wysypać. Wiadomo, co to kosztuje.
Gryżda wzdychał. Pokazywał z kolei wszystko, chwalił się, ale mu było gorzko.
Pałczyński myślał, że gdyby nie ten przeklęty Kostek, panna Benigna była-by wpośród tych wspaniałości królowała.
Gdy na górze pokoje były gotowe, Gryżda przeniósł się sam naprzód do nich. Życie potrzeba było zmienić zupełnie. Radzca bywał często, Pałczyński odwiedzał pilnie, musiał przyjmować.
Dziwna rzecz, wśród tych wygód, do których nie nawykł, coby mu być miało lepiéj, czuł się jak skuty i spętany. Był nieszczęśliwy.
Przypominając sobie dawne czasy trudów, skąpstwa i niedostatku, znajdował je daleko przyjemniejszemi, niż ta złocona niewola, tak kosztowna.
Naówczas życie było pełne obietnic, teraz na każdym kroku go spotykało rozczarowanie.
Inauguracya tych wspaniałości, nad którą długo rozmyślano, naostatek postanowioną została po naradzie z Radzcą i Pałczyńskim.
— Zaprosić kilka osób wybranych — mówił Radzca. — Przyjadą, dobrze; nie, mniejsza o to. Zawsze ktoś się znajdzie, kogo zaprowadzi ciekawość.
Na piérwszy raz Gryżda wezwał tylko Dziekana i trzech poważniejszych obywateli, którzy, choć niechętni, jawnie się przeciwko niemu nie stawili wrogo. Nie mógł téż i kniazia Bezdonowa pominąć, chociaż przybycia jego nie spodziewał się wcale. Dla zwiększenia liczby, zaprosił i Fiszera.
Odebrawszy wezwanie, ksiądz Dziekan myślał długo, siedząc, nad niém. Wypadało mu, czy nie, odrzucić je? Jako duchownemu, z zasady, któréj całe życie pozostał wiernym, nie godziło mu się potępiać i kamieniem rzucać na nikogo, usuwać się i ręce umywać tam, gdzie choć najmniejsza zostawała nadzieja i sposobność nawracania.
Z drugiéj strony nadzwyczaj wstrętliwe dla niego były te odwiedziny. Rozumiał znaczenie ich.
Gryżda mógł potém bytność Dziekana na swą obronę i korzyść wyzyskać.
— Ks. Piszczała przecie nie gardzi mną i bywa u mnie.
Dziekan rozmyślał nad tém jeszcze, gdy wpadł z papierem w ręku kniaź Bezdonów. Byli z sobą bardzo dobrze i dla nikogo może kniaź nie okazywał tyle czci i przywiązania, co dla proboszcza. Całował go w rękę i szanował, jak ojca.
Zaledwie siadłszy, położył przed Dziekanem list na stole, — było to zaproszenie Gryżdy.
— Ojcze kochany, przyszedłem się poradzić — rzekł, — co robić z tym fantem? Zaproszony jestem do Dubiniec... niech go kaci porwą! Jechać? nie jechać? mniejsza o to, żém ciekawy, ale z urzędu nawet wypadało-by tam być, a taki wstręt czuję do ocierania się o tę brudną figurę.
Zamiast odpowiedzi, Dziekan wstał i przyniósł własne zaproszenie, które, milcząc, położył przed Bezdonowem.
Kniaź podniósł głowę.
— Doskonale! — zawołał — ja zastosuję się do księdza Dziekana. Pojedziesz, to i ja, nie — wstrzymam się.
Popatrzyli sobie w oczy.
— Mój książę kochany, — odezwał się Dziekan — ja jestem z powołania zmuszony iść i między zapowietrzonych i do zaprzepaszczonych, próbując, azali mi się nie uda gdzie jakiéj duszyczki ocalić!
— Ja także mam obowiązek widziéć i wiedziéć wszystko — rzekł Bezdonów. — Stróżami jesteśmy oba. Jedziesz, księżę Dziekanie?
Piszczała rozmyślał.
— Zdaje mi się, że muszę — odparł. — O najzatwardzialszym grzeszniku nie godzi się wątpić.
— Zatém i ja — wesoło zawołał kniaź — i wie co ksiądz Dziekan? mój koczyk warszawski i cztery konie karę nas dwu doskonale zabiorą; jedźmy razem.
— Najchętniéj — rzekł Dziekan, — tylko konie wasze noszą czasami; nie potłuczesz mi kości?
— Niech Bóg uchowa! — zakrzyknął kniaź — wolał-bym własne pogruchotać. Prawda, że moje wronki parę razy sobie pozwoliły i potłukły mi bryczki, ale teraz przyszły do rozumu.
Fiszer miął odebrany list w ręku, dumał, chodził, — nie chciało mu się jechać. Wybrał się na radę do Sędzinéj, która, zawsze zawczasu poinformowana, o zaprosinach do Dubieniec wiedziała.
Była tego zdania, że nikt jechać nie powinien, z wyjątkiem księdza Piszczały, który odmówić nie mógł.
Fiszer składał się swém doktorstwem, chociaż niejako lekarz był wezwany.
— No, to jedź z lichem, kiedy ci się tak zachciało — rzekła w końcu — ale powróciwszy, powiesz mi, jak się tam odbędzie ten festyn i kogo znajdziesz. Można było przewidzieć — dodała smutnie, — że my w dobrém postanowieniu się nie utrzymamy. Tak u nas jest ze wszystkiém: w pierwszéj chwili poczciwe, gorące serce prowadzi, potém głowa słaba i miękki charakter psują wszystko. Skończy się na tém, że Gryżda się oczyści, a poczciwa córka jego obwinioną zostanie.
Ręką rzuciła w powietrzu.
— Jedź — dodała — a daj mi wiedziéć potém o wszystkiém.