Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

— Jakie? — pytał naiwnie.
— Przecież rozumiesz to...
I puszczał się duchowny w wykład nauki o obowiązkach. Zwykle otrzymywał odpowiedź:
— Ale, proszę ks. kanonika... Gdyby wszystkie ziarna maku i zboża wschodziły co dojrzewają? Świata by im nie starczyło. Dużo ich przepada... Otóż ja jestem takiem ziarnem straconem... i mogę sobie myśleć o tych wielkich rzeczach, których nigdy nie zbadam.
— Więc myślisz darmo?
Potrząsał głową — a nie! nie... I te ziarna co nie wschodzą na coś się przydają! Ja to wiem...
Chociaż nigdy go, jak mi mówiono, na żadnej skłonności do mistycyzmu nie mógł złapać kanonik, niekiedy, jakby mimowoli, wygadywał się z dziwacznemi hypotezami. Przychodziło mu to — przez nieostrożność, gdy spostrzegł, że się wygadał nadto — porywał czapkę i uciekał, lub uparcie milczał. Do głębi tych fantazyi które w sobie rozwijał, nikt się nie mógł dostać. Raz — byłem przytomny gdy kanonik, który go umyślnie wyzywał do wyplatania dziwów — mówił coś o człowieku i ludzkości — Drabczewski pilno słuchał, ale ramionami raz w raz ruszał.
— Kto to może wiedzieć co to ta ludzkość i ten człowiek? — rzekł. Ja to sobie tak wyobrażam ludzkość jako wodę, której my jesteśmy kropelkami. Błyszczy się chwilę ta osobna perełka... a potem zlewa do ogólnej sadzawki lub paruje.
Nikt mu nie przerwał, więc plótł dalej: