— Od tej pory jak zaczęli pisać, a jeszcze gorzej, drukować — mówił — stracili pamięć, oduczyli się myśleć... To się na nic nie zdało. Oni sądzą, że gadanie i myślenie to sobie tak, zabawka? Nie prawda ze słowem z człowieka siła wychodzi, i kto dużo mówi z tem już do roboty się nie zdał...
Słowo, panie — to ogień... wypala człowieka, jak świecę...
Spędziwszy całe życie w lesie z Hrehorem, widując bardzo rzadko p. Karola i kanonika i to tylko gdy był zmuszony, a wiedział że u nich nikogo nie zastanie, o stosunkach społecznych, jak jakiś dziki człek, nie miał wyobrażenia.
Wszyscy ci co żyli po prostu, a jak on nie zajmowali się filozofowaniem, wydawali mu się niezmiernie upośledzonymi. Widząc jak inni do rzeczy powszednich wagę przywiązywali, śmiał się, ale tak szczerze i naiwnie, że się z nim razem śmiać chciało.
Czasem trafiało mu się na gościńcu spotykać ekwipaże, konie postrojone, ludzi wykwintnie poubieranych — stawał, przypatrywał się i śmiał.
— Dzieci! czysto dzieci! No — ale coby oni robili, gdyby tych zabawek nie mieli? Mózgi puste...
Kanonik go kilka razy zapytywał, czy drugim lepszego bytu nie zazdrościł.
To go oburzało niemal.
— Ale bo głupi bym był! — mówił — to wszystko jest po prostu niewola... Na co mi to, kiedy mi tego dosyć co mam?
— Ale obowiązki? — mówił kanonik.
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/97
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.