się, że nietylko Locka, ale czytał urywkami Kartezyusza, Spinozę a nawet coś Kanta.
Wszystko to jednak sądził jednem słowem:
— Głupstwo.
Niewiem jakim sposobem, albo raczej jakim cudem kanonik zdobył sobie u niego przywilej, że z nim czasem puszczał się w dłuższą rozmowę. Orthodoxus, kanonik się z nim godził co do racyonalistów, których on w czambuł wszystkich głupcami nazywał.
— Co to mi za filozofowie? mówił ramionami poruszając, dwa tysiące czy tam więcej lat macają orzech a zgryźć go niemogą, i co w środku, niewiedzą. Prawią, mocanie, jak wygląda, czem pachnie — mierzą wielkość, domyślają się twardości, a do jądra się żaden nie dobrał.
Gdy go o religijne prawdy dopytywał kanonik. Drabczewski się mięszał i milczał, a naciśnięty, odpowiedział prędko.
— To co innego, a to co innego. Juści pewnie religijne prawdy... więcej warte, ale czy wy je rozumiecie.
Kanonik wpadał w gniew, zaczynał fukać, a Drabczewski pokornie milczał.
Kończyło się zawsze na tem, że:
— To co innego, a to co innego...
Niekiedy najniespodziewaniej wyrywały mu się najdziwaczniejsze myśli.
— Co bo ks. kanonik mówi — jest!! — odezwał się nagle przy mnie. To wyraz i pojęcie fałszywe. Niewiem gdzie może być trwałe, choćby jedną sekundę —
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/95
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.