tego, aby żywioły do utrzymania życia potrzebne, czerpała wprost z — powietrza i słońca.
Znajomi jego, p. Karol K. i kanonik Ch. — mieli go za rodzaj nieszkodliwego warjata; ksiądz tylko, jako ksiądz starał się duszę uratować i chciał go nawracając na religijną drogę naprowadzić.
Drabczewski zamknął mu tem usta, że — we wszystko wierzył co było potrzeba — a i do kościoła też jeździł w święta i dnie uroczyste. Jak się w nim jego ta filozofia godziła z wiarą, — tego ani on nie tłumaczył, ani odgadnąć było można.
O tej swej filozofii mówić, jak drudzy jemu podobni monomanowie, nie lubił — unikał — wolał myśleć, jednakże czasem, jakby zniecierpliwionemu wyrywały się wyrazy pospieszne, bezładne, nie jasne — które nagle urywał, sam podobno przekonywając się, że myśli swojej jasno wyrazić nieumiał. Zaczynał od końca, kończył potem komentarzami, czując, że to co powiedział, pewnych premissów potrzebowało.
Filozofia jego wcale z praktyką życia nie była w żadnym stosunku — badał to co nazywał tajemnicami, ale związku ich ze światem żywym nie chciał widzieć i nim się wcale nie zajmował.
Kanonik i p. Karol B. opowiadali z politowaniem, że długie już lata spędził tak w osamotnienia, w nędzy prawie, o poprawienie bytu wcale się nie starając. Jadł machinalnie byle co, niewiedząc czem się karmił, a oprócz widoku natury i tego zwijania i rozwijania myśli, od rana do wieczora nie robił nic.
Przy drugiem widzeniu się z nim, dowiedziałem
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/94
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.