Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

tak od jednej do drugiej, że nie podobna było zrozumieć — co go wiodło.
Najzawilsze zadania były mu naturalnie najmilszemi i najsilniej pociągającemi. Rozwiązywał je aforystycznie, bez dowodów, a rozprawiać z nim o nich nie było podobna. Uśmiechał się, niesłuchał i swoje prawił, z niewzruszoną pewnością.
Na świecie, oprócz tej jego filozofii nic go nie obchodziło.
Życie powszednie i jego warunki były mu obojętne, jadł i pił nie myśląc, a całe dnie trawił pogrążony w zadumie głębokiej. Dla ludzi, którzy jak on, nie zajmowali się problematami filozoficznemi — okazywał tylko litość i pogardę.
Długie osamotnienie dozwoliło mu tak ducha skupić w sobie, że dla niego świat cały był we własnym umyśle tylko. Oderwać go od tej monomanii filozoficznej nie było sposobu.
Czasem wśród rozmowy, zawsze z roztargnieniem prowadzonej, dawał nakazujący znak ręką — aby mu nie przeszkadzano — i zatapiał się w myślach, z których potem budził się jak ze snu.
Bliższe poznanie obudzało dla niego sympatyę, gdyż dobrym był i serdecznym bardzo, a poszanowanie życia, posuwał tak daleko, iż nigdy dobrowolnie żadnej istoty żyjącej nie ubił.
Jadał wprawdzie mięso, gdy mu je dano, ale tak jakby sobie sprawy nie zdawał z tego co to było.
Zdaniem jego ludzkość musiała kiedyś przyjść do