czyznę. Miałem czas przypatrzeć mu się zdala, nim bryczka stanęła przed wrotami. Człowiek był nie młody, lat pięćdziesiąt kilka mieć mogący, jak się zdawało, dosyć słusznego wzrostu, ale przygarbiony, z twarzą nadzwyczaj pomarszczoną i pofałdowaną. Nie miała ona nic uderzającego w sobie, oprócz czoła wypukłego bardzo, równie wydatnych kości policzków, niewielkiego nosa, i ust tak w fałdach ukrytych, że o ich kształcie sądzić nie było można. Odziany nędznie, w kożuchu zasmolonym, w czapeczczebaraniej, siedział z fajką w zębach, jakby zadumany, a zjawienie się, zapewne nie zbyt tu często trafiającego się gościa, najmniejszego wrażenia na nim nie zrobiło.
W dworku, oprócz starej zabrukanej baby, która się ukazała z za węgła, nie było żywej duszy — ale jesienne roboty w polu, mogły to tłumaczyć. Chudy pies zaczął szczekać gdzieś z kąta, nie ochotnie, jak z obowiązku — i ustał w prędce. Mężczyzna na ławce siedzący, zobaczywszy żeśmy stanęli przy wrotach, nawet nie powstał. Musiałem tedy, wysiadłszy i z trudnością trochę wrota odparłszy, wnijść rozpytać o drogę. Dopiero gdym się do ganku zbliżył, gospodarz, jakby ze snu przebudzony nagle wstał, fajkę od ust odjął i mruczeniem jakiemś mi odpowiedział na powitanie. A że ręką usilnie na drzwi wskazywał, zapraszając do środka — wszedłem do izby na lewo. Też same tu ubóstwo widać było co zewnątrz — nieład i zaniedbanie wielkie. Na stole, na kominie, w pół otwartej szafie, stały, leżały i walały się najróżnorodniejsze przedmioty służące
Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/89
Wygląd
Ta strona została uwierzytelniona.