Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/78

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

niło — rzekł doktór — ja tu nic niewidzę nad... jakby skutek przedwczesnego zmartwienia.
— Ale żadnego nie miała! wołał ojciec zrozpaczony.
Marszałkowa, córka jej, ojciec, Larysowa, wszystko chodziło troskliwie około tej biednej Różyczki, która starała się uśmiechać i uśmiech jej zamierał na ustach, mówiła coś i łzy miała w oczach bez przyczyny — nie słyszała co do niej mówiono... słowem przerażające zdradzała cierpienie.
Nie było sposobu ani się go domyśleć, ani odgadnąć. Larysowa co ją wychowała, a miała całą jej ufność, w końcu zaczęła zaklinać ażeby — jeżeli coś było... co chciała utaić przed ojcem — jej zwierzyła przynajmniej.
Różyczka uścisnęła ją ze łzami w oczach.
— Niema nic! cóżby mogło być! rzekła smutnie — ja sobie jestem głupia dzieweczka, rozpieszczona. Nie trzeba na to zważać.
Kilka dni trwało to niespokojne czuwanie i badanie, w końcu Pączek Różany, jakby się na ogromny zdobył wysiłek, zaczął udawać wesołość — przybrał dawne formy, ale oczy ojca i Larysowej, widziały dobrze, że to było wymuszone i nienaturalne.
Zdawało się pannie Maryi, marszałkowej i ojcu, że przygotowujące się bale, wieczory, koncerta — rozbawią biedne dziewcze. Nie mogła się oprzeć naleganiom, musiała towarzyszyć kuzynce, stroić się i uśmiechać — lecz wszyscy co ją znali dawniej, znajdowali zmienioną i — trwożyli się. Marszałkowa jedna utrzymywała, że to