Przejdź do zawartości

Strona:PL JI Kraszewski Mozajka.djvu/76

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została uwierzytelniona.

P. Franciszek zaczął raz jeszcze prześladować Salezego Pączkiem Różanym — na co on odpowiedział z cynizmem szkaradnym. Szczęściem nie przeciągnęło się to długo, godzina późna była, gość odszedł, a Salezy musiał się spać położyć, bo w pokoju ucichło.
Nazajutrz, rano bardzo, wyjechał p. Ludwik z córką i Larysową.
Przy śniadaniu spojrzawszy na Różyczkę, znalazł ją ojciec tak jakoś dziwnie i strasznie zmienioną, bladą, osłupiałą, że chciał posłać po doktora, ale Rózia przestraszona zaczęła go tak zaklinać i prosić, aby jechać natychmiast, co najprędzej i tłumaczyć swą niedyspozycyę zmęczeniem i złym snem, że posłuszny p. Luwik zaprzęgać kazał i — wyruszyli.
W drodze, pomimo świeżego powietrza, nie polepszyło się Różyczce. Ojciec i Larysowa niespokojni patrzyli na nią — nie mogąc dociec co jej było, a lękając się początku jakiejś choroby groźnej, gdyż inaczej zmiany tak nadzwyczajnej w dziewczęciu wczoraj wesołem, zdrowem, śmiejącem się, szczęśliwem, niepodobna było pojąć. Wieczorem rozstając się z ojcem, skakała jeszcze jak ptaszek. Teraz była to istota znękana, nieszczęśliwa, a nie przyznająca się do cierpienia, choć łkanie miała w głosie.
W ciągu podróży nic się nie zmieniło, stan ten pogorszył się prawie. Niezmiernie strwożony ojciec obiecywał sobie, bądź co bądź, za przybyciem do Kijowa, wezwać lekarza.
Nie przypuszczał aby to co innego być mogło i tylko niezrozumiała choroba jakaś. Pośpieszano więc