nym — dobrodusznym — i przeżyć jakiś czas w towarzystwie osób poważniejszych, umiał się do nich zastosować tak, że się nudząc — wydawał szczęśliwym.
O tych wybrykach p. Salezego, o jego długach — ojciec Różyczki był uwiadomionym dokładnie — ale dziecku powiedzieć nie mógł. Spodziewał się, że Rózia raz ostrzeżona — sama odkryje plamy na tem słońcu.
W istocie dnia tego przyjęła go, znudzona wprzód przez poczciwego Narcyza, trochę zimno — lecz w pół godziny potrafił ją oczarować p. Salezy i wejrzeniami i słowy, tak, że w duchu powiedziała sobie.
— Nie — to być nie może, człowiek ten fałszywym nie jest...
Niestety — Różyczka była zakochaną w nim, choć się sama przed sobą do tego nie przyznawała.
— On! komedyant! On! — powtarzała w duchu.
To ją nawet ujmowało i przemawiało za nim, że, gdy wszyscy z Narcyza podżartowywali, p. Salezy się z nim obchodził grzecznie i nie uwydatniając jego śmieszności, zręcznie i litościwie je osłaniał...
P. Ludwik przyjmował swych gości z powagą ojca, który nad córką czuwać musi.
Salezy, z nadzwyczajnym taktem, nie dworował mu i nie nadskakiwał zbytecznie — ale już jego sposób myślenia zbadawszy, zastosowywał się do niego z naturalnością wielką.
Pan Narcyz przypadł dnia tego gospodarzowi więcej w udziale, aniżeli młodej pani — i mógł się tem